Mayday dla polskiej lewicy
Mayday dla polskiej lewicy
dodano 7 maja 2007
Głosy krytyczne wobec kapitalizmu pojawiają się dziś nie tylko na lewicy, ale także w gronie ludzi, którzy są jego gorącymi zwolennikami; krytyce tej nie towarzyszy jednak propozycja zmian, które mogłyby usunąć powody do narzekań.
1 maja 2007 roku. Sto dwudziesta pierwsza rocznica strajków w Stanach Zjednoczonych, w wyniku których doszło do zabójstwa czterech robotników i krwawej rozprawy z uczestnikami pokojowej demonstracji, sprzeciwiającymi się brutalnym akcjom policji1.
Pogoda w Warszawie dość ładna, mieszkańcy i turyści, którym najwyraźniej nie przeszkadza zimny wiatr, przechadzają się po niedawno wyremontowanym Krakowskim Przedmieściu. W ten przyjemny majowy weekend niektórzy z nich wstąpią gdzieś na kawę albo nawet na obiad (przecież można sobie raz na jakiś czas pozwolić), część zadowoli się leniwym spacerem. Ulice są czyste, fasady budynków już nie straszą jak kiedyś, w witrynach sklepów z drogimi, ale ładnymi towarami Warszawiacy mogą przejrzeć się jak w lustrze, uśmiechnąć się do siebie i pomyśleć: ja też wyglądam całkiem przyzwoicie. Wydawałoby się, że szansa spotkania przechodnia, którego nie stać na nic poza tym, co niezbędne do przeżycia jest bardzo duża (takich ludzi jest w Polsce 12%[1]), jednak w tej zmierzającej ku doskonałości przestrzeni trudno znaleźć człowieka, który byłby brzydką plamą na sterylnym krajobrazie. Może to zasługa policji, która nie szczędzi uwagi ludziom brudnym i zaniedbanym? Tak czy owak, miło jest popatrzeć jak kwitnie nasza stolica i dumni jej mieszkańcy; gdzieś w tle słychać słabe krzyki uczestników pierwszomajowych przemarszów, ale nie są one w stanie zakłócić optymistycznych nastrojów, bo przecież istnieją widoczne gołym okiem powody do zadowolenia, bo wzrost gospodarczy, bo fundusze unijne, bo praca za granicą.
Po spacerze można zasiąść przed telewizorem i dowiedzieć się, że pochody owszem, jak co roku, były, frekwencja, niezmiennie od lat, mizerna, hasła te same co zwykle, sztandary spłowiałe, lewica podzielona, krzykliwa, a w wobec ogromu osiągnięć - żałosna.
Oglądając relacje w głównych serwisach informacyjnych można wręcz było odnieść wrażenie, że bez happeningów zorganizowanych przez prawicowe grupy, którym poświęcono najwięcej uwagi, pochody byłyby bezbarwnym festiwalem klisz. Nudna informacja o obchodach pierwszego maja wymaga pewnej korekty, by stała się newsem, dlatego na przykład "Fakty" śmiało bombardują widza dramatycznym prologiem: oto policja musiała "rozdzielać prawicowych i lewicowych demonstrantów" w Poznaniu. W rzeczywistości służby porządkowe wyprowadziły z placu Mickiewicza członków Akcji Alternatywnej "Naszość", którzy swoim happeningiem zakłócili legalny wiec zorganizowany przez lokalną lewicę[2]. Nie jest to jednak (przynajmniej dla "Faktów") bardziej istotne niż radosne hasła wznoszone przez członków "Naszości", choć nie mają one zbyt wiele wspólnego z robotniczym świętem. Pewien podziw może budzić ta niezwykła dbałość o przestrzeganie zasady równego traktowania przedstawicieli różnych opcji politycznych: nie wystarczy już dopuszczenie do głosu obu stron, pełną satysfakcję przynosi dopiero przyznanie pierwszeństwa przedstawicielom marginalnej organizacji, którzy w dodatku nie mają nic do powiedzenia… Nie obyło się bez sporu o to, czy 1. maja to święto "komuny", informuje na koniec znudzony komentator "Faktów", na dowód pokazując fragment materiału, który dokumentuje tę cenną obserwację. Później dowiadujemy się, że uroczystości z okazji Święta Pracy odbyły się też w innych częściach Polski, na przykład w Warszawie, gdzie "oddzielnie, ale z tymi samymi hasłami przeszły dwa lewicowe pochody".
Niewtajemniczonych informuję, że chodzi o manifestację zorganizowaną przez Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz OPZZ i skromny przemarsz działaczy i sympatyków tzw. radykalnej lewicy z Piotrem Ikonowiczem na czele. Przedstawiciele tych dwóch stronnictw na tak mało wnikliwą obserwację zareagowaliby zapewne podobnie, choć z różnych powodów. Liderom Sojuszu nie w smak jest krytyka kapitalizmu, któremu nie sprzeciwiali się nigdy nawet w retoryce; nieco chętniej mówią o jego błędach i wypaczeniach, takich jak łamanie praw pracowniczych, ale z największą swobodą powracają do znanej mantry o nadużyciach obecnej władzy, niekompetencji urzędników, lustracji itp. Nie dziwi więc, że Ryszard Kalisz mówi o Ikonowiczu z politowaniem, że "zawsze był rewolucjonistą": odcięcie się od "radykała", choćby niegroźnego, jest warunkiem zajmowania miejsca przeznaczonego dla polityków "rozsądnych" w publicznym dyskursie. Podobnie dla Ikonowicza racją bytu i zachowania wiarygodności na słabo zaludnionym terenie "ideowej lewicy" jest żywiołowe dystansowanie się ("my nie mamy z nimi nic wspólnego, to jest banda") od dawnych koalicjantów z SLD.
***
W lustrze masowych mediów lewica jawi się jako słaba i podzielona; mimo całej tendencyjności i mizerii przekazu, obraz ten nie wydaje się daleki od rzeczywistości. Z jednej strony mamy LiD, partię której lewe skrzydło przymierza się właśnie do stworzenia prorynkowej platformy programowej[3]. Autor tego pomysłu, kojarzony kiedyś z "partyjnym betonem" Leszek Miller, proponuje wprowadzenie podatku liniowego i ograniczenie roli państwa w gospodarce na rzecz prywatnych przedsiębiorców; byłoby to może i zabawne, gdyby w Polsce istniała lewicowa alternatywa dla tej partii, niestety nie widać jej ani w głównym nurcie polityki, ani poza nim. Partia Ikonowicza i inne "radykalne" ugrupowania nie tworzą realnej siły politycznej, a ich liderzy wkładają wiele wysiłku w to, żeby zachować ten stan rzeczy. Wymachiwanie flagą niedemokratycznej Kuby tylko dlatego, że skutecznie sprzeciwiła się "imperializmowi amerykańskiemu" jest niczym innym jak ukłonem w stronę wyrażonej w mało elegancki sposób przez Roosevelta zasady popierania "naszych łotrów"2. Podobnie maszerowanie ramię w ramię z młodymi komunistami, którzy bez zażenowania wymachują flagami Związku Radzieckiego naraża na (uzasadniony zresztą) atak ze strony i tak już nieprzychylnie nastawionych mediów, które nie muszą sobie nawet zadawać trudu rozszyfrowywania antysystemowych haseł - wystarczy pokazać złowrogi sierp i młot. Odwoływanie się do takich symboli to przejaw namiętnego ignorowania oczywistych faktów (na przykład tego, że na Kubie opozycjoniści zamykani są w więzieniach) i nierozumienia istoty mechanizmu dominacji jednej ideologii w dyskursie. Taka beztroska musi skończyć się marginalizacją ruchów, które znajdą się na wyspie oddzielonej od głównego nurtu przez tego rodzaju drut kolczasty skompromitowanych symboli. Jest on nie do przekroczenia nie tylko dla masowych mediów, ale i naturalnych adresatów lewicowego programu, czyli "ludzi zbędnych".
Co zatem można zrobić, żeby w przyszłym roku zmącić nieco spokój spacerowiczów z Krakowskiego Przedmieścia i zwrócić ich uwagę na problemy milionów ludzi wykluczonych z udziału w życiu społecznym - w Polsce i w innych częściach świata? Jak przyciągnąć tłumy na pierwszomajową manifestację, nie w obronie praw pracowniczych, lecz przeciwko takiej formie organizacji społeczeństwa, która dopuszcza ich bezkarne łamanie, co więcej, której warunkiem istnienia jest ciągłe wykorzystywanie pracowników?
Przede wszystkim należy dotrzeć do tych ludzi, którzy po roku 1989 stracili najwięcej - do robotników, rolników z popegeerowskich wsi, a zwłaszcza ich dzieci, które mogą w przyszłości stać się bazą masowego ruchu społecznego. Nie można dopuścić do tego, żeby ich słuszna frustracja i złość nadal była pożywką dla partii, które ukierunkowują społeczną energię na sprawy nieistotne, kreśląc fałszywe linie podziału (np. Polska "solidarna" vs. "liberalna", "wykształciuchy" vs. "obywatele IV RP" i tak dalej). Stworzenie podstaw takiego ruchu nie jest, z wielu powodów, zadaniem łatwym. Wymaga przełamania dwóch nurtów dominujących obecnie w dyskursie: ideologii neoliberalnej i jej naturalnego dopełnienia, czyli populizmu, który rozwija się z powodu braku lewicowej alternatywy. Wydaje się, że wyjście poza wąski teren wyznaczony przez te dwie osie publicznej debaty jest niemożliwe dopóty, dopóki główną rolę w kształtowaniu opinii publicznej będą odgrywały masowe media. Choć trudno nie docenić wysiłków ludzi tworzących "Krytykę Polityczną", którzy od kilku lat próbują przemycić lewicowe idee na łamy wysokonakładowych dzienników, nie wydaje się, by mogły one przynieść oczekiwany skutek. Na współczesnym rynku opinii lewicowa propozycja nie jawi się jako autonomiczna wobec dominującej ideologii; daje jedynie kolejną okazję do krytycznego spojrzenia na niektóre aspekty neoliberalizmu, wciąż przedstawianego jako bezalternatywny model organizacji społecznej. Warto zauważyć, że krytyczne głosy pojawiają się także w gronie ludzi, którzy są gorącymi zwolennikami obecnego systemu; nie towarzyszy im jednak propozycja zmian, które mogłyby usunąć powody do narzekań.
Przy tym wszystkim nie można zignorować rzeczy podstawowej: zasięg oddziaływania tak prezentowanych idei będzie - w najlepszym wypadku - ograniczony do wąskiego kręgu ludzi, którzy zaglądają do działów publicystycznych w gazetach albo lubują się w czytaniu kwartalników wydawanych w kilku tysiącach egzemplarzy. Jest to głos skierowany wyłącznie do "elit", które albo pozostają nań głuche, albo go słuchają z zaciekawieniem, mniej więcej tak jak słucha się wykładu o odległych galaktykach. Tymczasem ludzie, którym bliskie są idee humanistyczne czytają ową publicystykę, bardzo zresztą bogatą i ciekawą, z rosnącym zniecierpliwieniem: kwiecistym dyskusjom nie towarzyszą bowiem działania adresowane do ludzi wykluczonych, w istocie skazanych na lekturę "Faktu" lub oglądanie "Faktów"3. A to do nich przecież należałoby przemówić!
Medium, które daje największe szanse naruszenia obecnych ram publicznej debaty jest internet, którego potencjał dostrzega wielu współczesnych myślicieli, choćby Slavoj Žižek[4]. Za pomocą internetu można bez dużych nakładów dotrzeć z bogatym i czytelnym przekazem do ludzi niezadowolonych z obecnego porządku. Nie po to, żeby propagować określoną wizję świata (jak na przykład Młodzi Socjaliści, którzy niedawno wyruszyli w Polskę z kampanią informacyjną pt. "Czego chcą alterglobaliści?"[5]), ale by dać ludziom narzędzia do interpretacji zachodzących wokół nich zjawisk i pokazać możliwości realnego wpływu na politykę (choćby poprzez udział w masowych demonstracjach lub wywieranie nacisku na samorząd lokalny). Internet mógłby też być przestrzenią demokratycznej debaty w ramach małej społeczności, której celem byłoby wypracowywanie rozwiązań jej konkretnych problemów, takich jak na przykład brak dostępu do oświaty na wysokim poziomie. W dyskusjach tych mogliby wziąć udział ludzie należący do kręgów "elit": studenci, działacze organizacji pozarządowych, również osoby zaangażowane do tej pory w uprawianie salonowej polityki. Wcielenie w życie dobrych pomysłów zrodzonych w atmosferze wolnej wymiany opinii zmniejszyłoby dystans między ludźmi wykluczonymi z udziału w życiu publicznym a mityczną elitą. Powstałby fundament społeczny dla realizacji projektów o większym zasięgu, takich jak opodatkowanie najbogatszych czy reforma systemu oświaty (w tym stworzenie nowych programów i wdrożenie metod nauczania sprzyjających dywergencyjnemu myśleniu). Być może z czasem w wielostronnych debatach zarysowałby się program radykalnej zmiany społecznej, która stałaby się alternatywą dla przeżywającego kryzys kapitalizmu.
Literatura
1. Główny Urząd Statystyczny, "Zasięg ubóstwa materialnego w 2005 r.", 18.07.2006.
-> http://www.stat.gov.pl/gus/45_1968_PLK_HTML.htm
2. "Poznań: »My jesteśmy brzytwy z Kwaśniewskiego sitwy«", Gazeta.pl, 01.05.2007.
-> http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34308,4101410.html
3. "SLD: Miller chce ożywić dyskusje programową", Lewica.pl, 28.04.2007.
-> http://www.lewica.pl/?id=13615
4. Slavoj Žižek, Rewolucja u bram, Korporacja Ha!art, 2006.
5. "Alterglobalizm rusza w Polskę", strona www Młodych Socjalistów, (brak daty).
-> http://www.mlodzisocjalisci.pl/index.php?module=Pagesetter&func=viewpub&tid=1&pid=112wersja strony: 4, ostatnia edycja: 1181507025|%e %b %Y, %H:%M %Z (%O temu)








