Naomi Klein
Bagdad, Rok Zerowy. Grabież Iraku: w pogoni za neokonserwatywną utopią, cz.1
dodano 19 stycznia 2007
Już po miesiącu przebywania w Bagdadzie odnalazłam to, czego szukałam. Pojechałam do Iraku rok po rozpoczęciu wojny, u szczytu tego, co miało być boomem budowlanym, ale po tygodniach poszukiwań nie ujrzałam żadnego ciężkiego sprzętu, oprócz czołgów i humvee. I wtedy zobaczyłam: dźwig budowlany. Był duży, żółty i imponujący, i kiedy spojrzałam na niego przelotnie na rogu ulicy, w tłocznej dzielnicy handlowej, pomyślałam, że oto wreszcie będę świadkiem rekonstrukcji, o której tyle słyszałam. Ale kiedy podeszłam bliżej, zauważyłam że dźwig wcale nie był używany do odbudowy czegokolwiek - ani jednego ze zbombardowanych budynków rządowych, które wciąż leżały w gruzach w różnych częściach miasta, ani jednej z wielu linii wysokiego napięcia, które nadal tworzyły bezładne sterty, mimo że ciepło lata powoli przemijało. Nie - zamiast tego dźwig podnosił olbrzymi bilbord na szczyt dwupiętrowego budynku. "SUNBULAH: Miód w 100% naturalny, wyprodukowany w Arabii Saudyjskiej".
Widząc ten znak, nie mogłam powstrzymać myśli o tym, co senator John McCain powiedział w październiku. Irak, mówił, jest "ogromnym garncem miodu, który przyciąga wiele much". Muchami, które miał na myśli McCain, były firmy Halliburton i Bechtel, a także inwestorzy specjalizujący się w ryzykownych lokatach kapitału tłumnie spieszący do Iraku ścieżką oczyszczoną przez wozy bojowe Bradley i bomby sterowane laserem. Kuszącym miodem były nie tylko bezprzetargowe kontrakty i osławione irackie złoża ropy, ale też niezliczone możliwości inwestowania oferowane przez kraj, który właśnie został otwarty na oścież po dziesięcioleciach blokady, najpierw za sprawą nacjonalistycznej polityki gospodarczej Saddama Hussajna, później przez wyniszczające sankcje ONZ.
Patrząc na bilbord z miodem, przypomniałam sobie też obiegowe wyjaśnienie tego, co poszło nie tak w Iraku, zarzut powtarzany przez wszystkich - od Johna Kerry'ego po Pata Buchanana: Irak tonie w bagnie krwi i niedostatku, ponieważ George W. Bush, nie miał "planu powojennego". Jedyny problem z tą teorią polega na tym, że jest fałszywa. Administracja Busha miała plan tego, co zrobić po wojnie; mówiąc prosto, chodziło o to, żeby wyłożyć jak największą ilość miodu, a potem wycofać się i poczekać, aż przylecą muchy.
"Miodowa teoria" rekonstrukcji Iraku wypływa z najświętszej wiary ideologicznych architektów wojny: chciwość jest dobra. Nie dobra dla nich i ich przyjaciół, lecz dobra dla ludzkości, więc z pewnością także dla Irakijczyków. Chciwość tworzy zysk, który powoduje rozwój, który z kolei daje pracę, towary, usługi i wszystko, czego ktokolwiek mógłby zapragnąć lub potrzebować. Zatem rolą dobrego rządu jest stworzenie optymalnych warunków dla wielkich przedsiębiorstw, by zaprząc ich bezdenną chciwość w służbę spełniania potrzeb społeczeństwa. Problem w tym, że rządy, nawet rządy neokonserwatystów, rzadko mają szansę dowieść słuszności swojej świętej teorii: pomimo ogromnych postępów w kwestii ideologii, nawet Republikanie George'a Busha są, we własnym mniemaniu, ciągle sabotowani przez wścibskich Demokratów, krnąbrne związki zawodowe i panikujących ekologów.
Irak miał to wszystko zmienić. W jednym miejscu na Ziemi teoria miała wreszcie zostać przekuta w praktykę w swojej najbardziej idealnej i bezkompromisowej formie. Kraju 25 milionów ludzi nie planowano odbudować do stanu sprzed wojny; miał zostać wymazany, zniknąć. Na jego miejscu miał zakwitnąć okazały salon wystawowy ekonomii laissez-faire: utopia jakiej świat jeszcze nie widział. Każda element polityki, który uwalnia międzynarodowe firmy i popycha je do szukania zysków, miał zostać wprowadzony: odchudzone państwo, elastyczna siła robocza, otwarte granice, niskie podatki, brak ceł, brak ograniczeń własności. Ludność Iraku musiała, naturalnie, znieść trochę krótkotrwałego bólu: majątek należący do państwa miał zostać oddany, aby mogły powstać nowe możliwości rozwoju i inwestycji. Wiele miejsc pracy miało zniknąć, co wraz z powodzią tanich produktów importowanych niestety uczyniłoby drobne firmy i rodzinne gospodarstwa niezdolnymi do konkurowania. Lecz dla autorów tego planu byłaby to niewielka cena za boom gospodarczy, który w odpowiednich warunkach z pewnością musiałby nastąpić: boom tak potężny, że kraj właściwie odbudowałby się sam.
Fakt, że boom nigdy nie nadszedł i Irak nadal drży pod wpływem wybuchów zupełnie innego rodzaju, nie powinien być przypisywany temu, że nie istniał żaden plan. Wina leży raczej w samym planie oraz w niezwykle okrutnej ideologii, na której został ufundowany.
Specjaliści od tortur twierdzą, że rażenie prądem elektrycznym jednocześnie różnych części ciała powoduje u ofiary taką dezorientację co do miejsca, z którego pochodzi ból, że staje się ona niezdolna do oporu. Odtajniony podręcznik CIA z 1963 roku pt. "Przesłuchania w kontrwywiadzie" opisuje, w jaki sposób wstrząs zadany więźniom rozpoczyna "okres - niekiedy bardzo krótki - spowolnienia czynności życiowych, rodzaj psychologicznego szoku czy paraliżu… W tym momencie źródło jest o wiele bardziej podatne na sugestie i chętne do współpracy." Podobna teoria ma zastosowanie do ekonomicznej terapii szokowej, czy "szokowego postępowania", jak w ohydny sposób określano gwałtowne wprowadzenie wolnorynkowych reform narzuconych Chile po puczu generała Augusto Pinocheta. Teoria ta mówi, że jeśli bolesne ekonomiczne "poprawki" narzuci się szybko, w następstwie sejsmicznego wstrząsu społecznego, jak na przykład wojna, pucz lub upadek rządu, obywatele będą tak oszołomieni i tak zajęci codzienną walką o przetrwanie, że również popadną w stan spowolnienia czynności życiowych, okażą się niezdolni do oporu. Jak stwierdził minister finansów w rządzie Pinocheta, admirał Lorenzo Gotuzzo: "Ogon psa musi zostać odrąbany jednym cięciem".
Oto istota tego, co było tezą roboczą w Iraku; podążając za wiarą w to, że prywatne firmy lepiej niż rządy poradzą sobie z właściwie każdym zadaniem, Biały Dom postanowił sprywatyzować zadanie prywatyzacji irackiej gospodarki zdominowanej przez państwo. Dwa miesiące przed wybuchem wojny Amerykańska Agencja ds. Rozwoju Międzynarodowego (USAID) zaczęła kreślić plan roboczy przeznaczony dla prywatnej firmy, która miała nadzorować "transformację [Iraku] w zrównoważony, rynkowy system ekonomiczny". Dokument stwierdza, że zwycięska firma (którą okazała się KPMG, gałąź Bearing Point) otrzyma "stosowne korzyści wynikające z unikalnych możliwości szybkiego rozwoju, jakie daje obecna konfiguracja polityczna na tym obszarze". I tak właśnie się stało.
L. Paul Bremer, który dowodził amerykańską okupacją Iraku od 2. maja 2003 (nim złapał pierwszy lot powrotny z Bagdadu 28 czerwca) przyznał po przybyciu na miejsce: "Bagdad był w ogniu, dosłownie, kiedy wjeżdżałem do miasta z lotniska". Lecz zanim zdążył dogasnąć ogień wzniecony przez inwazję militarną "szok i przerażenie" (oryg. "shock and awe" - przyp. tłum.), Bremer puścił cugle terapii szokowej, w ciągu jednego skwarnego lata przepychając więcej dotkliwych zmian niż Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) zdołał wprowadzić w życie w czasie trzech dziesięcioleci w Ameryce Łacińskiej. Joseph Stiglitz, laureat Nagordy Nobla i były główny ekonomista Banku Światowego, opisał reformy Bremera jako "nawet bardziej radykalną formę terapii szokowej niż zastosowana w krajach dawnego bloku sowieckiego".
Charakter rządów Bremera określiła jego pierwsza główna decyzja w kwestii zatrudnienia: zwolnił 500,000 pracowników państwowych, w większości żołnierzy, ale także lekarzy, pielęgniarki, nauczycieli, wydawców i drukarzy. Następnie gwałtownie otworzył granice państwa na całkowicie nieograniczony import: żadnych taryf, żadnych ceł, żadnych inspekcji, żadnych podatków. Irak, oznajmił Bremer dwa tygodnie po przyjeździe, był "otwarty dla biznesu".
Miesiąc później, Bremer ujawnił kluczowy element swoich reform. Przed inwazją iracka gospodarka (nie związana z ropą naftową) była zdominowana przez 200 państwowych firm, które produkowały wszystko: od cementu przez papier aż po pralki. W czerwcu Bremer poleciał na szczyt ekonomiczny w Jordanii i ogłosił, że firmy te zostaną natychmiast sprywatyzowane. "Przekazanie nieefektywnych przedsiębiorstw państwowych w prywatne ręce", powiedział, "jest najistotniejsze dla uzdrowienia irackiej gospodarki". Byłaby to największa likwidacja państwa od czasu rozpadu Związku Radzieckiego.
Ale ekonomiczna inżynieria Bremera dopiero się rozpoczęła. We wrześniu, by zwabić zagranicznych inwestorów do Iraku, uchwalił radykalny pakiet przepisów bezprecedensowo hojnych dla międzynarodowych firm. Wśród nich był Rozkaz 39, który obniżył iracki podatek od firm z około 40% do stałej stawki 15%. Był też Rozkaz 39, który umożliwił zagranicznym firmom posiadanie 100% udziałów w irackich przedsiębiorstwach, poza sektorem surowców naturalnych. Co lepsze, inwestorzy mogli wyprowadzić z Iraku 100% zysków osiągniętych w tym kraju; nie wymagano od nich reinwestycji ani zapłacenia podatku. Zgodnie z Rozkazem 39, mogli podpisywać umowy dzierżawy i kontrakty na okres do czterdziestu lat. Rozkaz 40 przywitał w Iraku zagraniczne banki podobnie korzystnymi warunkami. Wszystkim, co pozostało z polityki gospodarczej Saddama Hussajna, było prawo restrykcyjne wobec związków zawodowych i układów zbiorowych pracy.
Jeśli ta polityka wygląda znajomo, to dlatego, że firmy międzynarodowe z całego świata lobbują za nią u rządów państw oraz przy okazji zawierania międzynarodowych układów handlowych. Ale o ile te reformy były zawsze wprowadzane w części lub stopniowo, Bremer dostarczył je w całości, wszystkie na raz. Z dnia na dzień, Irak z najbardziej odizolowanego kraju na ziemi stał się, na papierze, najbardziej otwartym rynkiem.
Z początku terapia szokowa zdawała się działać: Irakijczycy, oszołomieni przemocą militarną i ekonomiczną, byli zbyt mocno zajęci walką o przetrwanie, by przygotować polityczną odpowiedź na kampanię Bremera. Martwienie się o prywatyzację systemu kanalizacyjnego było niewyobrażalnym luksusem w obliczu tego, że połowa populacji nie miała dostępu do czystej wody pitnej; debata na temat stałej stawki podatkowej musiała poczekać do czasu, gdy zapalą się światła. Nawet w prasie międzynarodowej nowe prawa Bremera, choć radykalne, zostały przyćmione przez bardziej dramatyczne wiadomości o politycznym chaosie i rosnącej przestępczości.
Oczywiście, niektórzy ludzie pilnie śledzili sytuację. Tamtej jesieni nastąpił wysyp targów "odbudowy Iraku" - w Waszyngtonie, Londynie, Madrycie i Ammanie. Tygodnik "The Economist" opisał Irak pod rządami Bremera jako "marzenie kapitalisty", mnóstwo nowo założonych firm konsultingowych miało pomóc przedsiębiorstwom w zdobyciu dostępu do irackiego rynku; ich zarządy były obsadzone wpływowymi Republikanami. Najważniejszą z nich była New Bridge Strategies, założona przez Joe Allbaugha, eks-szefa kampanii wyborczej Bush-Cheney. "Prawa do sprzedaży produktów Procter & Gamble mogą być żyłą złota", nie krył entuzjazmu jeden z partnerów firmy. "Jeden dobrze zaopatrzony 7-Eleven [sieć małych sklepów - przyp. tłum.] mógłby pokonać 30 irackich sklepów; Wal-Mart zdobyłby cały kraj".
Wkrótce pojawiły się plotki, że w centrum Bagdadu ma zostać otwarty McDonald's, że zgromadzono środki na wzniesienie luksusowego hotelu Starwood, że General Motors planuje budowę fabryki samochodów… A w sferze finansowej - bank HSBC ma otworzyć oddziały w całym kraju, Citigroup przygotowywał ofertę dużych pożyczek pod zastaw przyszłych zysków ze sprzedaży irackiej ropy, a dzwonek w stylizowanej na nowojorską giełdzie papierów wartościowych w Bagdadzie miał zabrzmieć lada moment.
W ciągu zaledwie kilku miesięcy powojenny plan przemiany Iraku w laboratorium neokonserwatystów został zrealizowany. Być może Leo Strauss1 dostarczył intelektualnych ram dla wyprzedzającego ataku na Irak, ale to inny profesor Uniwersytetu w Chicago, autor antypaństwowego manifestu "Kapitalizm i wolność", Milton Friedman, podał instrukcję, co należy zrobić, kiedy obcy kraj znajdzie schronienie w rękach Ameryki. Tak oto najbardziej zideologizowane skrzydło administracji Busha odniosło olbrzymie zwycięstwo. Ale to nie wszystko: nastąpiła kulminacja dwóch powiązanych ze sobą walk o władzę: jednej, rozgrywającej się wśród irackich uchodźców doradzających Białemu Domowi w sprawie strategii powojennej, i drugiej - w samym Białym Domu.
Jak pokazał brytyjski historyk Dilip Hiro w swojej książce "Sekrety i kłamstwa: Operacja »Iracka wolność« i później", iraccy uchodźcy, którzy parli do inwazji byli podzieleni na dwa główne obozy. Po jednej stronie znajdowali się "pragmatycy" popierający pozbycie się Saddama i jego najbliższego otoczenia, zabezpieczenie dostępu do ropy i powolne wprowadzenie reform wolnorynkowych. Wielu z tych uchodźców brało udział w projekcie Departamentu Stanu "Przyszłości dla Iraku", czego efektem był trzynastotomowy raport o tym, jak przywrócić podstawowe usługi i dokonać transformacji demokratycznej po wojnie. Po drugiej stronie był obóz zwolenników planu "Rok Zerowy", którzy uważali, że Irak jest tak zanieczyszczony, że należy go zburzyć i wybudować od nowa. Głównym rzecznikiem podejścia pragmatycznego był Iyad Allawi, były wysoki rangą członek partii Baas, który poróżnił się z Saddamem i zaczął pracować dla CIA. Reprezentantem zwolenników drugiego podejścia był Ahmad Chalabi, któego nienawiść wobec irackiego rządu za skonfiskowanie majątku jego rodziny podczas rewolucji w 1958 roku była tak wielka, że nie mógł się doczekać, aż zobaczy cały kraj spalony do gołej ziemi - cały, z wyjątkiem Ministerstwa Ropy Naftowej, które byłoby jądrem nowego Iraku, zalążkiem, z którego wyrosnąć miał cały naród. Nazwał ten proces "debaasyfikacją".
Równoległa bitwa między pragmatykami a "głęboko wierzącymi" toczyła się w kręgu administracji Busha. Wśród pragmatyków byli tacy ludzie jak sekretarz stanu Colin Powell i generał Jay Garner, pierwszy wysłannik USA w powojennym Iraku. Plan generała Garnera był już i tak prosty: naprawić infrastrukturę, przeprowadzić szybkie i nieuczciwe wybory, pozostawić terapię szokową w rękach Międzynarodowego Funduszu Walutowego i skoncentrować się na umacnianiu amerykańskich baz wojskowych według modelu filipińskiego. "Myślę, że powinniśmy teraz patrzeć na Irak jak na nasz zbiornik paliwa na Bliskim Wschodzie", powiedział stacji BBC. Sparafrazował także T.E Lawrence'a, mówiąc "Lepiej, żeby sami zrobili to nie najlepiej niż żebyśmy my zrobili to dla nich najlepiej". Po drugiej stronie była znana ekipa neokonserwatystów: wiceprezydent Dick Cheney, sekretarz obrony Donald Rumsfeld (który wychwalał "głębokie reformy" Bremera jako "jedne z najbardziej światłych i zachęcających przepisów podatkowych i inwestycyjnych w wolnym świecie"), zastępca sekretarza obrony Paula Wolfowitza i, być może, centralna postać - podsekretarz obrony, Douglas Feith. Departament Stanu stworzył raport "Przyszłość dla Iraku", natomiast neokonserwatyści mieli kontrakt USAID z firmą Bearing Point, która zaproponowała odnowienie irackiej gospodarki: na 108 stronach słowo "prywatyzacja" pojawia się co najmniej 51 razy. Dla "wierzących" z Białego Domu plany generała Garnera dla powojennego Iraku były nie dość ambitne. Po co zadowalać się zwykłym zbiornikiem paliwa, skoro można mieć wzorzec wolnego rynku? Po co robić drugie Filipiny, jeśli można mieć światło ostrzegawcze dla całego świata?
Zwolennicy "Roku Zerowego" okazali się naturalnymi sprzymierzeńcami neokonserwatystów z Białego Domu: kipiąca nienawiść Chalabiego wobec irackiego państwa z czasów panowania partii Baas dobrze komponowała się z nienawiścią neokonserwatystów wobec państwa jako takiego; te dwa podejścia zlały się w jedno. Inwazja była dla nich swoistym wniebowzięciem Iraku: tam, gdzie reszta świata widziała śmierć, oni dostrzegali narodziny - kraj zbawiony przez przemoc, oczyszczony przez ogień. Irak nie był niszczony przez zdalnie sterowane rakiety, bomby kasetowe, chaos i grabież, tylko rodził się na nowo. 9 kwietnia 2003 roku, dzień upadku Bagdadu, był pierwszym dniem "Roku Zerowego".
Kiedy trwała wojna, wciąż nie było jasne, czy to pragmatycy, czy też zwolennicy koncepcji "Rok Zerowy" przejmą kontrolę na okupowanym Irakiem. Ale tempo, w jakim kraj został podbity, gwałtownie zwiększyło polityczny kapitał neokonserwatystów, ponieważ to oni przewidywali, że będzie to "bułka z masłem". Osiem dni po wylądowaniu na lotnisku przyozdobionym bannerem, który głosił "Misja wykonana", George Bush publicznie poparł neokonserwatywną wizję Iraku jako modelu państwa korporacyjnego, które otworzyłoby dostęp do całego regionu. Dziewiątego maja prezydent zaproponował "ustanowienie strefy wolnego handlu między USA a Bliskim Wschodem w ciągu dekady"; trzy dni później wysłał do Bagdadu Paula Bremera, aby zastąpił Jaya Garnera, który wykonywał swoją pracę zaledwie trzy tygodnie. Przesłanie było jednoznaczne: pragmatycy przegrali; Irak będzie należał do fanatyków.
Bremer - dyplomata ery Reagana przemieniony w przedsiębiorcę - dowiódł, że potrafi zaminić piasek w złoto, kiedy dokładnie misiąc po zamachach z 11 września założył Crisis Consulting Practice, firmę ubezpieczeniową sprzedającą firmom międzynarodowym "polisę na ryzyko związane z terroryzmem". Bremer miał dwóch poruczników na froncie gospodarki: Thomasa Foleya i Michaela Fleischera, szefów działu "rozwoju sektora prywatnego" w Tymaczasowym Rządzie Koalicyjnym. Foley jest multimilionerem z Greenwich w Connecticut, starym przyjacielem rodziny Bushów i "pionierem" w kampanii wyborczej Bush-Cheney, który opisał sytuację w Iraku jako współczesną wersję kalifornijskiej gorączki złota. Fleischer, specjalista od ryzykownych inwestycji, jest bratem byłego rzecznika Białego Domu, Ari Fleischera. Żaden z nich nie miał doświadczenia w dyplomacji wysokiego szczebla, za to obaj używali słów "korporacyjny ratownik" [corporate turnaround - przyp. tłum.] do opisu swojej działalności. Zdaniem Foleya, te umiejętności w unikalny sposób predysponowały ich do zarządzania iracką gospodarką, ponieważ była ona "matką wszystkich »korporacyjnych ratowników«" [“the mother of all turnarounds” - przyp. tłum.].
Obsada wielu innych stanowisk w rządzie tymczasowym była równie zideologizowana. Zielona Strefa (miasto w mieście mieszczące dawny pałac Saddama, a obecnie kwaterę główną sił okupacyjnych) roiła się od Młodych Republikanów [młodzieżówka Partii Republikańskiej - przyp. tłum.] wywodzących się wprost z Fundacji Heritage; wszyscy oni obdarzeni zostali odpowiedzialnością, o jakiej nie mogli nawet marzyć w domu. Jay Hallen, dwudziestoczterolatek, który złożył podanie o pracę w Białym Domu, miał nadzorować uruchomienie giełdy papierów wartościowych. Scott Erwin, dwudzistojednoletni były praktykant u Dicka Cheneya, donosił w emailu wysłanym do domu: "towarzyszę Irakijczykom w zarządzaniu finansami i budżetem dla krajowych sił porządkowych". Ulubiona praca tego absolwenta college'u spośród wykonywanych do tej pory? "Czasy, kiedy byłem kierowcą samochodu z lodami". W tamtych pierwszych dniach Zielona Strefa przypominała trochę Korpus Pokoju, przynajmniej tym, którzy uważają, że Korpus Pokoju to spisek komunistów. Była to okazja, żeby spać na łóżku polowym, nosić wojskowe buciory i krzyczeć "Kryć się!" - cały czas będąc pod ochroną prawdziwych żołnierzy.
Zespół księgowych i bankierów z KPMG, Młodych Republikanów i ludzi pracujących dla think-tanków, który zaludniał Zieloną Strefę, ma wiele wspólnego z obsadą misji Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w czasie których gospodarki krajów słabo rozwiniętych przekształca się z wysokości luksusowych apartamentów w hotelach Sheraton. Z jedną dość istotną różnicą: w Iraku nikt nie negocjował z rządem zgody na "strukturalne reformy" w zamian za pożyczkę; to "misjonarze" stanowili rząd.
Podjęto jednak pewne kroki w kierunku wysłania wyznaczonych przez USA irackich polityków do kraju. Yegor Gaidar, mózg rosyjskiej aukcji prywatyzacyjnej z połowy lat dziewięćdziesiątych, wskutek której przekazano majątek państwa panującym oligarchom, dzielił się swoją mądrością na konferencji w Bagdadzie. Marek Belka, który jako minister finansów nadzorował ten sam proces w Polsce, także został sprowadzony na miejsce. Irakijczycy szczególnie uzdolnieni w dziedzinie wygłaszania kwestii autorstwa neokonserwatystów zostali wyznaczeni do roli lokalnych "mistrzów polityki", jak nazywa ich USAID. Byli to ludzie tacy, jak Ahmad al Mukhtar, który powiedział mi o swoich rodakach: "Są leniwi. Irakijczycy są z natury zależni od innych. (…) Będą musieli polegać na samych sobie, to jedyny sposób, żeby przetrwać w dzisiejszym świecie." Chociaż al Mukhtar nie miał żadnego doświadczenia w ekonomii, a jego poprzednią pracą było czytanie anglojęzycznych wiadomości w telewizji, został mianowany na dyrektora w dziale stosunków zagranicznych Ministerstwa Handlu i jest czołowym orędownikiem wstąpienia Iraku do Światowej Organizacji Handlu.
Śledziłam ekonomiczny front wojny przez prawie rok, zanim postanowiłam pojechać do Iraku. Chodziłam na targi "odbudowy Iraku", studiowałam prawa podatkowe i inwestycyjne Bremera, spotykałam się z wykonawcami kontraktów w ich biurach w Stanach Zjednoczonych, w Waszyngtonie przeprowadzałam wywiady z przedstawicielami rządu odpowiedzialnymi za politykę wobec Iraku. I kiedy w marcu szykowałam się do wyjazdu, aby przyjrzeć się z bliska eksperymentowi polegającemu na realizacji wolnorynkowej utopii, było coraz bardziej oczywiste, że nie wszystko przebiegało zgodnie z planem. Bremer pracował w oparciu o teorię, że wystarczy stworzyć korporacyjny raj, a zlecą się korporacje - ale gdzie się one podziały? Firmy międzynarodowe z USA z radością przyjmowały dolary amerykańskich podatników na odbudowę sieci telefonicznej i elektrycznej, ale nie pompowały swoich pieniędzy do Iraku. W Bagdadzie wciąż nie było ani McDonalda, ani sklepu Wal-Mart; nawet ogłaszana dziewięć miesięcy wcześniej z dużym przekonaniem wyprzedaż państwowych fabryk nie doszła do skutku.
Częściowo było to związane z fizycznym ryzykiem robienia interesów w Iraku. Ale były także inne, bardziej znaczące niebezpieczeństwa. Kiedy Paul Bremer podarł na strzępy reżimową iracką konstytucję i zamienił ją na coś, co tygodnik "The Economist" przyjął z aprobatą jako "listę życzeń zagranicznych inwestorów", istniał pewien detal, o którym nie wspomniano: było to niezgodne z prawem. Tymczasowy Rząd Koalicyjny czerpał swoją legitymację do rządzenia z uchwalonej w maju 2003 roku rezolucji 1483 Rady Bezpieczeństwa ONZ, która uznała Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię za legalnych okupantów Iraku. Była to rezolucja, która dawała Bremerowi władzę jednoosobowego uchwalania prawa w Iraku. Ale rezolucja mówiła też, że USA i Wielka Brytania muszą "w pełni dotrzymać zobowiązań wynikających z prawa międzynarodowego, w szczególności Konwencji Genewskiej z 1949 roku i Konwencji Haskiej z 1907 roku." Obie te konwencje powstały jako próba ukrócenia historycznej tendencji okupantów do uchwalania takich przepisów, które pozwoliłyby im ograbić zajęty kraj. Z taką intencją konwencje gwarantują przestrzeganie lokalnego prawa przez okupanta, o ile nie jest to "całkowicie niemożliwe". Głoszą także, że okupant nie ma prawa własności do "budynków użyteczności publicznej, nieruchomości, lasów i majątków rolniczych" zajętego kraju, lecz jest ich "administratorem" i opiekunem, ma zabezpieczyć je do czasu odzyskania suwerenności. Było to prawdziwe zagrożenie dla planu “Rok Zerowy”: ponieważ Ameryka nie była w posiadaniu irackiego majątku, nie mogła go legalnie sprzedać, co oznaczało, że po zakończeniu okupacji iracki rząd mógł dojść do władzy i zadecydować, czy pozostawić państwowe firmy w rękach obywateli czy, co jest normą w rejonie Zatoki Perskiej, zakazać zagranicznym firmom posiadania 100% majątku narodowego. Gdyby tak się stało, udziały zakupione zgodnie z prawem Bremera mogłyby zostać skonfiskowane, a firmy nie miałyby drogi odwołania, ponieważ ich inwestycje byłyby naruszeniem prawa międzynarodowego od samego początku.
Około listopada prawnicy handlowi zaczęli doradzać swoim klientom korporacyjnym, aby wstrzymali się z wejściem do Iraku, ponieważ lepiej będzie zrobić to już po transformacji. Firmy ubezpieczeniowe były tak przestraszone, że żadne z nich, nawet największe, nie ubezpieczyłyby inwestorów na "polityczne ryzyko" (ten obszar prawa ubezpieczeniowego wysokiego ryzyka ma chronić firmy przed skutkami zmiany rządów na nacjonalistyczne lub socjalistyczne i konfiskatą przejętego majątku).
Nawet wybrani przez USA politycy iraccy, do tej pory posłuszni, zaczynali martwić się o swoją polityczną przyszłość w razie wyrażenia zgody na plany prywatyzacyjne. Minister łączności Haider al-Abadi opowiedział mi o swoim pierwszym spotkaniu z Bremerem. "Powiedziałem mu: »Słuchaj, nie mamy mandatu, żeby cokolwiek sprzedawać. Prywatyzacja to poważna sprawa. Musimy zaczekać, aż powstanie iracki rząd.»" Minister przemysłu Mohamad Tofiq był jeszcze bardziej bezpośredni: "Nie zamierzam robić czegoś, co jest nielegalne, ot i tyle."
I al-Abadi, i Tofiq powiedzieli mi o spotkaniu - nie znanym wcześniej prasie - które odbyło się pod koniec października 2003 roku. W czasie tego zebrania dwudziestu pięciu członków Irackiej Rady Zarządzającej, jak również dwudziestu pięciu tymczasowych ministrów, jednogłośnie podjęło decyzję o nieuczestniczeniu w prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw i ich infrastruktury, która była własnością publiczną.
Ale Bremer nie poddał się. Prawo międzynarodowe zabrania okupantom sprzedawania majątku państwowego, ale nie mówi nic o powołanych przez nich marionetkowych rządach. Pierwotnie Bremer obiecywał przekazanie władzy rządowi wyłonionemu w wyborach bezpośrednich, ale na początku listopada pojechał do Waszyngtonu na prywatne spotkanie z prezydentem Bushem i wrócił z Planem B. Trzydziestego czerwca okupacja miała oficjalnie dobiec końca - oficjalnie, ale nie faktycznie. Władzę przejąłby rząd wyznaczony przez Waszyngton. Rząd ten nie byłby związany przez prawo międzynarodowe zapobiegające wyprzedaży majątku narodowego przez okupanta, lecz przez "tymczasową konstytucję", dokument gwarantujący prawa inwestycyjne i prywatyzacyjne Bremera.
Plan był ryzykowny. Ostateczny termin - 30 czerwca - był niebezpiecznie blisko; został on wybrany z niezbyt idealistycznych pobudek: chodziło o to, żeby prezydent Bush mógł odtrąbić koniec okupacji Iraku w czasie kampanii wyborczej. Gdyby wszystko potoczyło się zgodnie z planem, Bremerowi udałoby się zmusić "suwerenny" iracki rząd do wprowadzenia jego nielegalnych reform. Ale gdyby coś się nie udało, i tak musiałby doprowadzić do przekazania władzy 30 czerwca, ponieważ do tego czasu to Karl Rove [szef kampanii wyborczej Busha - przyp. tłum.], a nie Dick Cheney czy Donald Rumsfeld, stał u steru. I gdyby trzeba było wybierać między ideologią w Iraku a zwycięstwem George'a W. Busha, wiadomo co by wygrało.
Reprinted by permission of International Creative Management, Inc.
Copyright © 2004 Naomi Klein
Originally published in English in "Harper’s Magazine".
Tłumaczenie: ma.








