Bagdad, Rok Zerowy. Grabież Iraku: w pogoni za neokonserwatywną utopią (Naomi Klein), cz. 2

Naomi Klein

Bagdad, Rok Zerowy. Grabież Iraku: w pogoni za neokonserwatywną utopią, cz. 2

dodano 19 stycznia 2007

Z początku wydawało się, że wszystko idzie zgodnie planem B. Bremer przekonał Iracką Radę Zarządającą do zgody na wszystko: nowy harmonogram, tymczasowy rząd i tymczasową konstytucję. Udało mu się nawet dyskretnie umieścić w konstytucji całkiem przeoczony przepis, artykuł 26. Stwierdzał on, że dopóki istnieje rząd tymczasowy, "prawa, regulacje, ordery i dyrektywy wydane przez Tymczasowy Rząd Koalicyjny… pozostaną w mocy" i mogą zostać zmienione dopiero po wyborach parlamentarnych.

Bremer znalazł swoją lukę prawną; był to siedmiomiesięczny okres, w którym okupacja oficjalnie dobiegła końca, ale nie odbyły się jeszcze zaplanowane wybory do parlamentu. W tym czasie Konwencje Haska i Genewska zakazujące prywatyzacji nie miałyby już zastosowania, ale prawa Bremera, dzięki artykułowi 26, nadal by obowiązywały. Przez siedem miesięcy zagraniczni inwestorzy mogli przyjeżdżać do Iraku i podpisywać czterdziestoletnie kontrakty na zakup udziałów w irackich firmach. Gdyby wyłoniony w wyborach iracki parlament postanowił zmienić zasady, inwestorzy mogliby składać pozwy żądając rekompensaty.

Ale pojawił się silny przeciwnik: wielki ajatollah Ali al Sistani, najwyższy szyicki kapłan w Iraku. Al Sistani przy każdej okazji próbował zablokować plan Bremera, nawołując do niezwłocznego przeprowadzenia wyborów bezpośrednich i uchwalenia konstytucji po tych wyborach, a nie przed. Gdyby oba żądania zostały spełnione, uniemożliwiłyby planowaną przez Bremera prywatyzację. Drugiego marca, po rezygnacji szyickich członków Rady Zarządzającej z poparcia tymczasowej konstytucji, pięć bomb eksplodowało przed meczetami w Karbali i Bagdadzie, zabijając prawie 200 wiernych. Generał John Abizaid, najwyższy rangą amerykański dowódca w Iraku, ostrzegł, że kraj jest na granicy wojny domowej. Przerażony taką możliwością, al Sistani ustąpił i szyiccy politycy podpisali tymczasową konstytucję. Była to znana historia: szok wywołany przez brutalny atak utorował drogę do kolejnej terapii szokowej.

Kiedy tydzień później pojechałam do Iraku, wydawało się, że plan gospodarczy będzie realizowany. Bremerowi pozostało jedynie doprowadzić do ratyfikacji tymczasowej konstytucji rezolucją Rady Bezpieczeństwa; wówczas nerwowi prawnicy i agenci ubezpieczeniowi mogliby się odprężyć, a wyprzedaż Iraku w końcu mogłaby zostać rozpoczęta. W międzyczasie Rząd Koalicyjny rozpoczął nową wielką ofensywę PR obliczoną na przekonanie inwestorów, że Irak wciąż jest bezpiecznym i ekscytującym miejscem do robienia interesów. Centralnym punktem kampanii była Wystawa "Cel: Bagdad", wielkie targi dla potencjalnych inwestorów, które miały odbyć się na początku kwietnia na terenie Międzynarodowych Terenów Targowych w Bagdadzie. Było to pierwsze tego rodzaju wydarzenie w Iraku; organizatorzy promowali targi jako "DBX" (Destination Baghdad Exposition), zupełnie jakby był to jakiś rajd motocyklowy sponsorowany przez Mountain Dew. Nawiązując do motywu sportów ekstremalnych, Thomas Foley pojechał do Waszyngtonu, żeby powiedzieć zgromadzeniu menedżerów, że ryzyko w Iraku jest podobne do tego, jakie towarzyszy "swobodnemu spadaniu ze spadochronem czy jeździe na motorze, które jest dla wielu osób ryzykiem do przyjęcia."

Ale trzy godziny po przyjeździe do Bagdadu niezwykle trudno było mi uwierzyć w te zapewnienia. Jeszcze nie zdążyłam się rozpakować, kiedy do mojego pokoju hotelowego wpadły odłamki, a okna w holu roztrzaskały się w pył. Właśnie wybuchła bomba w hotelu Mount Lebanon na tej samej ulicy - był to największy atak tego rodzaju od czasu oficjalnego zakończenia wojny. Następnego dnia podłożono bombę w innym hotelu w Basrze, później zamordowano dwóch fińskich biznesmenów zdążających na spotkanie w Bagdadzie. Generał brygady Mark Kimmitt w końcu przyznał, że w zamachach widać pewien zamysł: "ekstremiści zaczęli rezygnować z »twardych celów«… [i] nastawiają się w szczególności na »cele miękkie«". Następnego dnia Departament Stanu uaktualnił swoją poradę dla podróżujących: obywatele USA zostali "stanowczo ostrzeżeni przed wyjazdem do Iraku".

Fizyczne ryzyko robienia interesów w Iraku zaczęło niekontrolowanie rosnąć. Znów nie wszystko toczyło się zgodnie z pierwotnym planem. Kiedy Bremer po raz pierwszy przybył do Iraku, zbrojny ruch oporu był tak słaby, że mógł on chodzić po ulicach z nieliczną ochroną. W czasie pierwszych czterech miesięcy jego urzędowania zabito 109 amerykańskich żołnierzy, a 570 zostało rannych. W ciągu kolejnych czterech miesięcy, kiedy skutki terapii szokowej Bremera były już odczuwalne, liczba ofiar po stronie USA niemal się podwoiła: zginęło 195 żołnierzy, 1633 odniosło obrażenia. Wiele osób w Iraku przekonuje, że istnieje związek między tymi zdarzeniami: reformy Bremera były najważniejszym czynnikiem prowadzącym powstania zbrojnego ruchu oporu.

Weźmy na przykład pierwsze ofiary Bremera; żołnierze i robotnicy, których zwolnił, nie dając emerytur ani odpraw, nie rozpłynęli się w powietrzu. Wielu z nich poszło prosto w szeregi mudżahedinów, tworząc kręgosłup zbrojnego oporu. "Pogorszyła się sytuacja pół miliona ludzi: oto zarzewie powstania. To alternatywna forma zatrudnienia", mówi Hussajn Kubba, szef elitarnej grupy biznesowej Kubba Consulting. Również inne ofiary gospodarcze Bremera nie zamierzały siedzieć cicho. Okazuje się, że wielu przedsiębiorców, których firmy zostały zagrożone prawem inwestycyjnym Bremera, postanowiło dokonać własnych inwestycji - w ruch oporu. To częściowo ich pieniądze wyposażają bojowników w kałasznikowy i granatniki przeciwpancerne.

Taki rozwój sytuacji stanowi wyzwanie dla prostej logiki terapii szokowej: neokonserwatyści byli przekonani, że jeśli przeporwadzą swoje reformy szybko i bezwzględnie, mieszkańcy Iraku będą zbyt oszołomieni, żeby stawić opór. Ale szok wydaje się odnosić przeciwny skutek; zamiast spowodować przewidywany paraliż, pobudził wielu Irakijczyjków do działania, często radykalnego. Haider al-Abadi, iracki minister łączności, ujmuje to w ten sposób: "Wiemy, że w kraju są terroryści, ale wcześniej nie odnosili sukcesów, działali w izolacji. Teraz, ponieważ cały kraj jest nieszczęśliwy i wielu ludzi nie ma pracy… terroryści znajdują uszy chętne do słuchania."

Bremer miał teraz na pieńku nie tylko z Irakijczykami, którzy sprzeciwiali się jego planom, ale również z dowódcami Amerykańskich wojsk obarczonych gaszeniem powstania, roznieconego przez jego politykę. Zaczęto stawiać heretyckie pytania: może rząd tymczasowy zamiast wyrzucać ludzi z pracy powinien raczej tworzyć miejsca pracy dla Irakijczyków? A gdyby tak zamiast w pośpiechu sprzedawać 200 irackich firm państwowych, przywrócić w nich produkcję?

Od samego początku neokonserwatyści zarządzający Irakiem okazywali tamtejszym firmom państwowym jedynie pogardę. Amerykańskie wojska nie zrobiły nic, podzielając ich niezmąconą niczym radość z apokalipsy “Roku Zerowego”, kiedy szabrownicy zlatywali się do fabryk w kraju ogarniętym wojną. Sabah Asaad, dyrektor zarządzający w fabryce lodówek pod Bagdadem, powiedział mi, że w czasie, kiedy rabowano jego zakład, pobiegł do najbliższej bazy wojskowej USA błagać o pomoc. "Poprosiłem jednego z oficerów o wysłanie samochodu z dwoma żołnierzami, którzy pomogliby mi wykurzyć złodziei. Płakałem. Oficer powiedział: »Przykro mi, nic nie możemy zrobić, potrzebujemy rozkazu od prezydenta Busha.«" Tymczasem w Waszyngtonie, Donald Rumsfeld wzruszył ramionami: "Wolni ludzie mają prawo popełniać błędy, dokonywać przestępstw i robić złe rzeczy."

Wystarczy zobaczyć pozostałości po Asaad, hurtowni wielkości boiska do futbolu, aby zrozumieć, dlaczego Frank Gehry1 przeżył artystyczny kryzys po zamachach z 11 września i po prostu nie mógł zaprojektować struktur przypominających gruzy współczesnych budynków. Rozkradziona i spalona hurtownia Asaad wygląda niemal jak heavy-metalowa wersja Muzeum Guggenheima w Bilbao autorstwa Gehry'ego, z falami stali skręconymi przez ogień, leżącymi w przerażająco pięknych złotawych stertach. Nie wszystko jednak było stracone. "Szabrownicy mieli dobre serce", powiedział mi jeden z malarzy zatrudnionych w Asaad, tłumacząc, że zostawili narzędzia i maszyny. "Dzięki temu nadal możemy pracować." Ponieważ maszyny pozostały na miejscu, wielu dyrektorów fabryk w Iraku mówi, że przywrócenie pełnej produkcji zajęłoby im niedużo czasu. Potrzebują awaryjnych generatorów, aby poradzić sobie z przerwami w dopływie prądu oraz pieniędzy na zakup części i surowców. Zaspokojenie tych potrzeb miałoby olbrzymie implikacje dla wstrzymanej rekonstrukcji Iraku, bo oznaczałoby, że wiele materiałów kluczowych dla odbudowy - jak cement i stal, cegły i meble - może zostać wyprodukowanych w kraju.

Ale tak się nie stało. Tuż po formalnym zakończeniu wojny Kongres wyasygnował 2,5 miliarda dolarów na rekonstrukcję Iraku, a w październiku dodatkowe 18,4 miliarda dolarów. Do czerwca 2004 roku irackie fabryki państwowe były najwyraźniej wykluczone w walce o kontrakty na rekonstrukcję. Zamiast do nich, miliardy trafiły do zachodnich firm, które większość materiałów do odbudowy sprowadzały wielkim kosztem z zagranicy.

Przy bezrobociu sięgającym 67%, importowane towary i zagraniczni robotnicy zalewający kraj byli źródłem wielkiego niezadowolenia w Iraku i kolejnym już zarzewiem powstania. A Irakijczycy nie musieli daleko szukać oznak niesprawiedliwości; widać ją jak na dłoni we wszechobecnym symbolu okupacji: murze odpornym na wybuchy. Te wysokie na trzy metry płyty z uzbrojonego betonu są w Iraku wszędzie; oddzielają chronionych - ludzi w drogich hotelach, luksusowych domach, bazach wojskowych i, oczywiście, mieszkańców Zielonej Strefy - od bezbronnych i narażonych na atak. Jakby nie dość było krzywdy, wszystkie mury były importowane - z Kurdystanu, Turcji, a nawet dalszych krajów, i to pomimo że Irak był kiedyś znaczącym producentem cementu i z łatwością mógł stać się nim ponownie. W całym kraju jest siedemnaście państwowych fabryk cementu, ale większość stoi bezczynnie lub wykorzystuje tylko połowę swojej mocy. Według Ministerstwa Przemysłu, żadna z tych fabryk nie otrzymała choćby jednego kontraktu na pomoc w odbudowie, chociaż mogłyby dostarczyć mury i zaspokoić inne potrzeby znacznie mniejszym kosztem. Tymczasowy Rząd Koalicyjny płaci do 1000 dolarów za importowany fragment muru; lokalni producenci twierdzą, że mogliby wytworzyć takie same za 100 dolarów. Minister Tofiq mówi, że istnieje prosty powód, dlaczego Amerykanie odmawiają pomocy w uruchomieniu produkcji w irackich fabrykach cementu: wśród tych, którzy podejmują decyzje, "nikt nie wierzy w sektor państwowy"2.

Ten rodzaj ideologicznej ślepoty zamienił okupantów Iraku w więźniów ich własnej polityki, ukrywających się za murami, które samym swoim istnieniem potęgowały wściekłość z powodu obecności USA, przez co rosło zapotrzebowanie na kolejne mury. W Bagdadzie betonowe przeszkody zyskały popularną nazwę: mury Bremera.

Powstanie się rozszerzało i wkrótce jasne stało się, że gdyby Bremer zrealizował swój plan wyprzedaży państwowych firm, mogłoby to spowodować nasilenie przemocy. Nie było wątpliwości, że prywatyzacja pociągnie za sobą zwolnienia: Ministerstwo Przemysłu szacuje, że około 145000 pracowników musiałoby zostać wyrzuconych, aby uczynić firmy atrakcyjnymi dla inwestorów; każdy z tych pracowników ma na utrzymaniu średnio pięciu członków rodziny. Dla obleganych sił okupacyjnych pytanie brzmiało: Czy te ofiary terapii szokowej pogodzą się z losem czy dojdzie do rewolty?

Odpowiedź nadeszła, w dość dramatycznych okolicznościach, z jednej z największych państwowych firm - Głównego Zakładu Olejów Roślinnych. Kompleks sześciu fabryk w przemysłowej dzielnicy Bagdadu produkuje oleje spożywcze, mydła toaletowe, detergenty do prania, kremy do golenia i szampony. Przynajmniej tak powiedziała mi recepcjonista, która dała mi lśniące foldery i kalendarze z przechwałkami o "nowoczesnych narzędziach" i "najnowszych i najnowocześniejszych udoskonaleniach w dziedzinie przemysłu." Gdy jednak zbliżyłam się do fabryki mydła, ujrzałam grupę robotników śpiących na zewnątrz nieoświetlonego budynku. Nasz przewodnik pospieszył przodem, krzycząc coś do kobiety w białym kitlu laboratoryjnym i raptem fabryka ożyła: włączono światła, uruchomiono silniki, a pracownicy - mrużąc zaspane oczy - zaczęli napełniać dwulitrowe plastikowe butelki płynem do prania marki Zahi.

Zapytałam Nadę Ahmed, kobietę w kitlu, dlaczego jeszcze kilka minut temu fabryka nie pracowała. Wytłumaczyła, że prądu i materiałów wystarcza im na uruchamianie maszyn na kilka godzin dziennie, ale kiedy pojawiają się goście - potencjalni inwestorzy, ministerialni urzędnicy, dziennikarze - zaczynają pracę. "Na pokaz" - wyjaśniła. Za nami stało bezczynnie dwanaście masywnych maszyn, przykrytych płachtami zakurzonej folii i zabezpieczonych taśmą.

Przechodząc koło jednego z ciemnych rogów fabryki, minęliśmy starego człowieka pochylonego nad workiem pełnym plastikowych nakrętek. Za pomocą cienkiego metalowego ostrza umieszczonego w nawoskowanym klinie, ostrożenie strugał krawędzie każdej nakrętki, a stosy skrawków plastiku piętrzyły się u jego stóp."Nie mamy zapasowej części do odpowiedniej formy, dlatego musimy przycinać je ręcznie", wyjaśnił przepraszająco jego zwierzchnik. "Nie otrzymaliśmy żadnej części z Niemiec, odkąd zaczęły się sankcje." Zauważyłam, że nawet linie montażowe, które rzekomo działały, były prawie całkiem niezmechanizowane: butelki trzymano pod strumieniami płynu za pomocą rąk, bo taśma produkcyjna była nieruchoma; wieka nałożone przez maszyny przybijano ręcznie drewnianymi młotkami. Nawet woda dla fabryki była czerpana z zewnętrznej studni, dźwigana i niesiona do środka.

Rozwiązaniem zaproponowanym przez amerykańskich okupantów było nie naprawienie fabryki, tylko jej sprzedaż; kiedy Bremer ogłosił aukcję prywatyzacyjną w lipcu 2003 roku, była to jedna z pierwszych wymienionych firm. Mimo to, kiedy odwiedziłam fabrykę w marcu, nikt nie chiał rozmawiać o planie prywatyzacji - samo wypowiedzenie tego słowa rodziło niezręczne milczenie i znaczące spojrzenia. Wydawało się, że to niespotykanie duża dawka podtekstu jak na fabrykę mydła, więc starałam się dojść do sedna w czasie rozmowy z asystentem dyrektora. Ale sam wywiad był równie dziwaczny: spędziłam pół tygodnia na umawianiu się, wysyłaniu pisemnych podań, uzyskiwaniu zgody sygnowanej przez ministra przemysłu, kilkakrotnych przesłuchaniach i przeszukiwaniach. A kiedy wreszcie zaczęłam przeprowadzać wywiad, asystent dyrektora odmówił podania mi swojego imienia i nagrywania rozmowy. "Każdy dyrektor wspomniany na łamach gazet jest później atakowany" - powiedział. Kiedy zapytałam go, czy firma ma zostać sprzedana, udzielił mi wykrętnej odpowiedzi: "Gdyby decyzja należała do robotników, to oni są przeciwko; ale jeśli mieliby zadecydować wyżsi urzędnicy i rząd, to prywatzacja jest rozkazem, a rozkazów trzeba słuchać".

Opuściłam fabrykę z poczuciem, że wiem mniej niż przedtem. Jednak w drodze do bramy wyjściowej młody ochroniarz wręczył mojemu tłumaczowi notatkę. Chciał, żebyśmy spotkali się w pobliskiej restauracji, kiedy skończy pracę, żebym "dowiedziała się, o co naprawdę chodzi z prywatyzacją." Miał na imię Mahmud i był dwudziestopięciolatkiem ze starannie utrzymaną brodą i czarnymi oczami. (Dla bezpieczeństwa pominęłam jego nazwisko.) Jego opowieść zaczyna się w lipcu, kilka tygodni po ogłoszeniu planów prywatyzacyjnych Bremera. Dyrektor firmy został śmiertlenie postrzelony w drodze do pracy. W prasowych relacjach spekulowano, że morderstwo miało związek z jego poparciem prywatyzacji fabryki, ale Mahmud był przekonany, że dyrektor zginął, ponieważ sprzeciwiał się tym planom. "Nigdy nie sprzedałby fabryk tak, jak chcieliby tego Amerykanie. Dlatego go zabili."

Zabitego zastąpił nowy dyrektor, Mudhfar Ja'far. Niedługo po objęciu stanowiska, Ja'far zwołał spotkanie z urzędnikami ministerstwa, aby przedyskutować sprzedaż fabryki mydła, która pociągnęłaby za sobą zwolnienie dwóch trzecich pracowników. Spotkanie zabezpieczało kilku ochroniarzy z fabryki. Uważnie słuchali rozmów o planach Ja'fara, po czym natychmiast dostarczyli swoim współpracownikom alarmujących wieści. "Byliśmy w szoku" - wspomina Mahmud. "Jeśli firma z sektora prywatnego przejmie fabrykę, pierwszą rzeczą, jaką zrobi, będzie redukcja personelu, żeby zwiększyć zysk. Skazaliby nas na bardzo ciężki los, bo fabryka jest naszym jedynym sposobem na życie."

Grupa siedemnastu robotników przestraszonych perspektywą zwolnień, w tym Mahmud, weszła do biura Ja'fara, żeby skonfrontować go z tym, co usłyszeli. "Niestety, zamiast niego był asystent dyrektora, ten sam, którego spotkałaś", powiedział mi Mahmud. Doszło do bójki: jeden z robotników uderzył asystenta, a ochroniarz oddał trzy strzały w kierunku robotników. Wtedy tłum zaatakował ochroniarza, zabrał mu broń i, jak powiedział Mahmud, "trzykrotnie ugodził go nożem w plecy". Mężczyzna spędził miesiąc w szpitalu." W styczniu przemoc jeszcze bardziej się nasiliła. W drodze do pracy dyrektor fabryki i jego syn zostali ostrzelani i poważnie zranieni. Mahmud powiedział mi, że nie miał pojęcia, kto może stać za atakiem, ale ja zaczynałam powoli rozumieć, dlaczego dyrektorzy fabryk w Iraku wolą nie rzucać się w oczy.

Pod koniec naszego spotkania zapytałam Mahmuda, co by się stało, gdyby fabryka została sprzedana pomimo sprzeciwu robotników. "Są dwa wyjścia", powiedział patrząc mi w oczy i uśmiechając się życzliwie. "Albo podpalimy fabrykę i pozwolimy płomieniom strawić ją aż do gołej ziemi, albo wysadzimy w powietrze ją i siebie. Ale nie zostanie sprywatyzowana."

Jeśli w ogóle był moment, w którym Irakijczycy byli zbyt zdezorientowani, żeby stawić opór terapii szokowej, to z całą pewnością już minął. Stosunki między pracownikami a pracodawcami, jak wszystko inne w Iraku, zaczynają przypominać krwawy sport. Przemoc na ulicach dociera do bram fabryk i grozi wtargnięciem do środka. Robotnicy boją się utraty pracy jak kary śmierci, z kolei dyrektorzy obawiają się swoich pracowników, co czyni prywatyzację znacznie trudniejszą do przeprowadzenia niż przewidywali neokonserwatyści. W Basrze związki między reformami gospodarczymi a rozwojem ruchu oporu ujawniły się w najjaskrawszy sposób. W grudniu związek zawodowy reprezentujący robotników naftowych negocjował z Ministerstwem Ropy Nafotwej podwyżkę płac. Nic nie wskórawszy, robotnicy postawili przed ministerstwem prosty wybór: albo ich nędzne zarobki pójdą w górę, albo przystąpią do zbrojnego ruchu oporu. Otrzymali znaczącą podwyżkę.

Kiedy pożegnałam się z Mahmudem, usłyszałam, że pod kwaterą główną Tymczasowego Rządu Koalicyjnego trwa wielka demonstracja. Zwolennicy młodego duchownego, szyickiego radykała Muktady al Sadra, protestowali przeciwko likwidacji ich gazety "al Hawza" przez policję wojskową. Rząd oskarżył "al Hawzę" o publikację "kłamliwych artykułów", które mogłyby "spowodować poważne zagrożenie przemocą." Jako przykład podano cytat z artykułu, który stwierdzał, że Bremer "forsuje politykę głodzenia Irakijczyków, aby byli zbyt zajęci codzienną pogonią za chlebem i nie mieli przez to szansy upominać się o o swoją polityczną i indywidualną wolność." Według mnie brzmiało to bardziej jak zwięzłe podsumowanie recepty na terapię szokową Miltona Friedmana niż mowa nienawiści.

Kilka dni przed zamknięciem gazety udałam się do Kufy w trakcie piątkowych modlitw, aby usłyszeć al Sadra w jego meczecie. Wygłaszał tyradę przeciwko świeżo podpisanej przez Bremera konstytucji tymczasowej, nazywając ją "niesprawiedliwym, terrorystycznym aktem." Przesłanie kazania było jasne: wielki ajatollah Ali al Sistani być może poparł konstytucję, ale al Sadr i jego zwolennicy wciąż byli zdeterminowani do walki. Gdyby zwyciężyli, pokrzyżowaliby precyzyjny plan neokonserwatystów, którzy chcieli ujarzmić przyszły iracki rząd swoją listą wymarzonych praw. Zamykając gazetę, Bremer dał al Sadrowi swoją odpowiedź: zamiast negocjować z tym młodym karierowiczem, pozbędzie się go siłą.

Kiedy pojawiłam się na demonstracji, ulicy wypełnione były ubranymi na czarno mężczynami, członkami Armii Mahdiego, która miała później zyskać rozgłos. Zrozumiałam, że jeśli Mahmud stracił pracę ochroniarza w fabryce mydła, mógł być teraz jednym z nich. Oto z kogo składa się piechota al Sadra: z młodych mężczyzn niemieszczących się w wielkich planach neokonserwatystów, którzy nie widzą możliwości zapewnienia pracy i w których sąsiedztwie nie widać ani śladu obiecywanej odbudowy. Bremer zawiódł tych młodych ludzi i wszędzie tam, gdzie przegrywał, Muktada al Sadr sprytnie próbował zdobyć poparcie. W szyickich slumsach od Bagdadu po Basrę sieć "Centrów Sadra" zarządza czymś w rodzaju alternatywnej rekonstrukcji. Centra, utrzymujące się z datków, wysyłają elektryków do naprawy linii wysokiego napięcia i telefonicznych, organizują wywóz śmieci, w razie nagłej potrzeby uruchamiają generatory prądu, zbierają krew, kierują ruchem ulicznym, kiedy nie działa sygnalizacja. I, owszem, organizują milicje. Al Sadr wziął ofiary ekonomii Bremera, ubrał je na czarno i wyposażył w rdzewiejące kałasznikowy. Jego bojownicy chronili meczety i państwowe fabryki, gdy zaniedbywały to władze okupacyjne, ale w pewnych sferach posuwali się dalej, ochoczo wprowadzając islamskie prawo - podpalali sklepy z alkoholem, terroryzowali kobiety z odsłoniętą twarzą. Astronomiczny wzrost religijnego fundametalizmu firmowanego przez al Sadra jest w istocie koljenym rodzajem reakcji na terapię szokową Bremera: gdyby odbudowa przyniosła Irakijczykom pracę, bezpieczeństwo i usługi publiczne, al Sadr straciłby zarówno powód dla realizacji swojej misji, jak i wielu nowoprzybyłych zwolenników.

W tym samym czasie, gdy stronnicy al Sadra krzyczeli "precz z Ameryką" na zewnątrz Zielonej Strefy, w innej części kraju działo się coś, co mogło wszystko zmienić. Czterech amerykańskich żołnierzy najemnych [z firmy Blackwater - przyp. tłum.] zostało zabitych w Faludży, ich zwęglone i pozbawione kończyn ciała powieszono nad Eufratem niczym trofea. Ten atak okazał się dla neokonserwatystów wielkim ciosem, po którym niełatwo będzie im dojść do siebie. Takie obrazy pokazywały, że inwestowanie w Iraku ani trochę nie przypomina "marzenia kapitalisty"; były raczej jak spełnienie makabrycznego koszmaru.

Dzień, w którym opuściłam Bagdad, był jak dotąd najgorszy. Trwało oblężenie Faludży, a generał brygady Kimmitt groził "zniszczeniem Armii Mahdiego" [powstałej w Bagdadzie - przyp. tłum.]. W trakcie tej bliźniaczej kampanii około 2000 Irakijczyków zostało zabitych. Zostałam wysadzona przy punkcie kontrolnym kilka kilometrów od lotniska, potem załadowano mnie do autobusu pełnego kontrahentów obładowanych pospiesznie spakowanymi walizkami. Chociaż nikt nie użył tego słowa, była to ewakuacja: w ciągu następnego tygodnia ponad 1500 przedsiębiorców opuściło Irak, a niektóre państwa zaczęły ściągać swoich obywateli za pomocą mostu powietrznego. W autobusie nikt się nie odzywał; wszysycy słuchaliśmy tylko wystrzałów z moździerzy wyciągając szyje, żeby zobaczyć czerwoną poświatę. Facet z aktówką KPMG postanowił rozluźnić atmosferę. "Czy w tym samolocie będzie biznes klasa?", rzucił w stronę milczących pasażerów. Z tyłu autobusu ktoś odkrzyknął: "jeszcze nie".

Rzeczywiście, może minąć trochę czasu, zanim biznes klasa naprawdę pojawi się w Iraku. Kiedy wylądowaliśmy w Ammanie, zrozumieliśmy, że umknęliśmy w ostatniej chwili. Tego ranka uprowadzono troje japońskich cywilów; porywacze zagrozili, że spalą ich żywcem. Dwa dni później zaginął Nicholas Berg [amerykański biznesmen - przyp. tłum.] i nie widziano go aż do czasu, kiedy pojawił się brutalny film ukazujący obcięcie jego głowy, co było dla amerykańskich kontrahentów nawet bardziej przerażające niż zwęglone złoki z Faludży. Tak zaczęła się fala porwań i morderstw na obcokrajowcach, w większości biznesmenach pochodzących z rozmaitych krajów: Korei Południowej, Włoch, Chin, Nepalu, Pakistanu, Filipin i Turcji. Do końca czerwca stwierdzono śmierć ponad dziewięćdziesięciu przedsiębiorców w Iraku. W czerwcu, gdy siedmiu tureckich biznesmenów zostało uprowadzonych, ich porywacze zażądali od firmy "unieważnienia wszystkich kontraktów i zabrania pracowników z Iraku." Wiele firm ubezpieczeniowych przestało sprzedawać polisy prywatnym kontraktorom, a inni zaczęli naliczać składki w wysokości 10000 dolarów na tydzień za każdego zachodniego menedżera - cenę, jaką niektórzy powstańcy podobno płacili za każdego martwego Amerykanina.

Z kolei organizatorzy słynnych targów "Cel: Bagdad" postanowili przenieść się do urokliwego kurortu Diyarbakir w Turcji, "jedyne 250 km od irackiej granicy". Krajobraz jak w Iraku, tylko bez tych strasznych Irakijczyków. Trzy tygodnie później tylko piętnaście osób pojawiło się na konferencji na temat inwestowania w Iraku zorganizowanej przez Departamentu Handlu w Lansing w stanie Michigan. Jej gospodarz, republikański kongresmen Mike Rogers, usiłował przekonać sceptycznie nastawioną publiczność, mówiąc że Irak jest "jak każdy szemrana dzielnica w Ameryce." Zagraniczni inwestorzy, których przyciągano wszelkiego rodzaju wolnorynkowymi zachętami, najwyraźniej nie są przekonani - nadal nie ma śladu ich obecności. Keith Crane, główny ekonomista Rand Corporation, który pracował dla Tymczasowego Rządu Koalicyjnego, mówi wprost: "Nie sądzę, żeby zarząd firmy międzynarodowej mógł zatwierdzić większą inwestycję w takich warunkach. Kiedy ludzie strzelają do siebie, trudno robić interesy." Hamid Jassim Khamis, dyrektor największej fabryki napojów butelkowanych w regionie powiedział mi, że nie może znaleźć inwestorów, mimo że zdobył wyłączne prawo do produkcji Pepsi w środkowym Iraku. "Wiele osób spotykało się z nami, żeby zainwestować w fabrykę, ale teraz naprawdę się wahają." Khamis powiedział, że ich o to nie wini; w ciągu pięciu miesięcy przeżył próbę zabójstwa, zuchwałą kradzież samochodu, wybuchy dwóch bomb podłożonych przy wejściu do fabryki i porwanie swojego syna.

Pomimo otrzymania pierwszej od czterdziestu lat licencji dla zagranicznego banku w Iraku, HSBC wciąż nie otworzył tam żadnego oddziału, co może skończyć się całkowitą utratą lukratywnej koncesji. Procter & Gamble. podobnie jak General Motors, zawiesił działalność swojej spółki joint venture. Amerykanie, którzy mieli sfinansować budowę luksusowego hotelu Starwood i kompleksu kinowego, przestraszyli się i wzięli nogi za pas, a Siemens AG wycofał z Iraku większość swojego personelu. Wciąż jeszcze nie zadźwięczał dzwonek na Bagdadzkiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Co więcej, w Iraku nie można nawet używać kart kredytowych, więc gospodarka opiera się wyłącznie na wymianie gotówki. Firma New Bridge Strategies, która w październiku mówiła z egzaltacją o tym, jak "Wal-Mart mógłby zdobyć cały kraj", teraz wyraża się znacznie skromniej. "McDonald's nie zostanie otwarty w najbliższej przyszłości", powiedział dziennikowi "Washington Post" Ed Rogers, wspólnik firmy. Wal-Mart też nie. "Financial Times" uznał Irak za "najbardziej niebezpieczne miejsce do robienia interesów na świecie". To nie lada osiągnięcie: próbując urządzić najlepsze miejsce do prowadzenia biznesu, neokonserwatystom udało się stworzyć najgorsze - jak dotąd jest to najbardziej płomienne oskarżenie przeciwko przesłankom dla wprowadzania zderegulowanego wolnego rynku.

Przemoc nie tylko powstrzymała napływ inwestorów; zmusiła również Bremera - zanim opuścił Irak - do porzucenia wielu ważnych elementów jego polityki gospodarczej. Prywatyzacja państwowych firm przestała być brana pod uwagę; zamiast tego zaoferowano wydzierżawienie kilku firm państwowych, ale tylko pod warunkiem, że inwestor nie zwolni ani jednego pracownika. Tysiące pracowników firm państwowych zwolnionych przez Bremera zostało z powrotem zatrudnionych, a pracownicy całego sektora publicznego otrzymali znaczące podwyżki. Plany odejścia od programu racjonowania żywności także zostały odrzucone - po prostu nie był to najlepszy czas na odmawianie milionom Irakijczyków jedynego źródła pożywienia, na jakim mogli polegać.

Plan neokonserwatystów wydał ostatnie tchnienie w tygodniach poprzedzających przekazanie władzy. Biały Dom i Tymczasowy Rząd Koalicyjny chcieli szybko zwołać obrady Rady Bezpieczeństwa ONZ, aby uchwalić rezolucję zatwierdzającą plan powołania nowego rządu. Robili wszystko, co w ich mocy, żeby dać najważniejsze stanowisko byłemu agentowi CIA, Iyadowi Allawi, co dałoby gwarancję, że Irak stanie się - w najgorszym wypadku - zbiornikiem paliwa dla amerykańskiej armii, jak pierwotnie przewidywał Jay Garner. Ale jeśli poważni inwestorzy zagraniczni mieli kiedyś zawitać do Iraku, potrzebowaliby mocniejszego zapewnienia, że prawa gospodarcze Bremera pozostaną w mocy. Był na to tylko jeden sposób: należało rezolucją Rady Bezpieczeństwa ratyfikować tymczasową konstytucję, która konserwowałaby prawa Bremera na czas trwania rządu tymczasowego. Tym razem jednak al Sistani sprzeciwił się jednoznacznie, mówiąc że konstytucja została "odrzucona przez większość Irakijczyków." Ósmego czerwca Rada Bezpieczeństwa jednogłośnie uchwaliła rezolucję, która zatwierdzała plan przekazania władzy, ale w żaden sposób nie odnosiła się do konstytucji. W obliczu tej daleko idącej porażki, George W. Bush świętował przyjęcie rezolucji jak historyczne zwycięstwo; nadeszło ono w odpowiednim momencie kampanii wyborczej - w czasie sesji zdjęciowej na szczycie G-8 w Georgii.

Ponieważ prawa Bremera zostały zawieszone, iraccy ministrowie mówią teraz otwarcie o zrywaniu kontraktów z Tymczasowym Rządem Koalicyjnym. Plan kredytowy banku Citigroup został odrzucony jako marnotrawstwo zysków z irackiej ropy. Iracki minister łączności grozi renegocjacją kontraktów z trzema firmami telekomunikacyjnymi, które zapewniły Irakowi katastrofalnie słabą telefonię komórkową. A libańskie i amerykańskie firmy wynajęte do uruchomienia państwowej telewizji zostały poinformowane, że mogą stracić swoje licencje, ponieważ nie są z Iraku. "Zobaczymy czy można zmienić ten kontrakt" - powiedział w maju Hamid al-Kifaey, rzecznik prasowy Rady Zarządzającej. "Oni nie mają pojęcia o Iraku." Dla większości inwestorów taki zupełny brak legalnego umocowania czyni Irak zbyt ryzykownym miejscem do robienia interesów.

Choć iracki ruch oporu zdołał odstraszyć pierwszą falę korporacyjnych najeźdźców, nie ma wątpliwości, że przyjdą następni. Jakąkolwiek opcję przyjmie następny iracki rząd - nacjonalistyczną, islamistyczną czy wolnorynkową - odziedziczy umęczony naród z przygniatającym długiem w wysokości 120 miliardów dolarów. Potem, jak we wszystkich biednych krajach na świecie, do Iraku zapukają wysłani przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy panowie w granatowych garniturach, przynosząc pożyczki i obietnice boomu ekonomicznego, który nastąpi po wprowadzeniu pewnych strukturalnych reform, które - rzecz jasna - będą z początku bolesne, ale ostatecznie okażą się godne poświęcenia. W rzeczywistości ten proces już się rozpoczął: MFW przymierza się do zatwierdzenia pożyczki o wartości 2,5 - 4,25 miliardów, o ile dojdzie do porozumienia w kwestii warunków. Po niekończącym się pasmie heroicznych walk i zbyt wielu straconych życiach, Irak stanie się podobny do innych biednych krajów, z politykami zdecydowanymi na wprowadzanie reform odrzucanych przez zdecydowaną większość mieszkańców i wszystkimi niedoskonałymi kompromisami, jakie to za sobą pociągnie. Wolny rynek bez wątpienia zawita do Iraku, ale sen neokonserwatystów o przekształceniu tego kraju w wolnorynkową utopię został pogrzebany, stając się ofiarą większego marzenia - marzenia o drugiej kadencji George'a W. Busha.

Za iracką katastrofa kryje się wielka dziejowa ironia: terapia szokowa, która miała wywołać boom ekonomiczny prowadzący do odbudowy kraju jedynie spotęgowała opór, który ostatecznie uniemożliwił rekonstrukcję. Reformy Bremera uwolniły siły, jakich neokonserwatyści nie przewidywali ani nie mieli szans ujarzmić: od zbrojnych powstań w fabrykach po dziesiątki tysięcy bezrobotnych młodych ludzi, którzy sami sięgnęli po broń. Te siły zamieniły "Rok Zerowy" w Iraku w dokładne przeciwieństwo wizji neokonserwatystów: zamiast korporacyjnej utopii nastała upiorna dystopia, w której udanie się na zwyczajne spotkanie biznesowe może skończyć się linczem, spłonięciem lub utratą głowy. Zagrożenie jest tak wielkie, że globalny kapitalizm wycofał się z Iraku, przynajmniej na razie. Dla neokonserwatystów musi to być szokujące odkrycie: ich fanatyczna wiara w chciwość okazała się silniejsza niż sama chciwość.

Irak był dla neokonserwatystów tym, czym Afganistan dla Talibów: miejscem na ziemi, w którym mogli zmusić każdego do życia zgodnie z najbardziej bezkompromisową, kanoniczną interpretacją ich świętych ksiąg. Można by pomyśleć, że krwawy rezultat tego eksperymentu spowoduje u nich kryzys wiary: w kraju, gdzie mieli władzę absolutną, gdzie nie można było obwiniać lokalnego rządu, gdzie reformy zostały wprowadzone w sposób najbardziej szokujący i doskonały, stworzyli - zamiast modelowego wolnego rynku - kulejący kraj, którego tknąłby żaden rozsądny inwestor. A mimo to neokonserwatyści z Zielonej Strefy i ich mistrzowie z Waszyngtonu są tak samo bliscy weryfikacji swoich dogmatów jak talibańscy mułłowie skłonni byli do rachunku sumienia, kiedy ich islamskie państwo stoczyło się na dno rozpustnego Hadesu pełnego opium i seksualnego niewolnictwa. Kiedy głęboko wierzącym zagrażają fakty, po prostu zamykają oczy i modlą się żarliwiej.

Dokładnie to robił Thomas Foley. Były szef działu "rozwoju sektora prywatnego" opuścił Irak, kraj, który opisał jako "matkę wszystkich »korporacyjnych ratowników«" i przyjął propozycję nowej pracy przy przezwyciężaniu innego kryzysu, jako współpracownik komitetu wyborczego George'a Busha w Connecticut. Dnia 30 kwietnia w Waszyngtonie przemawiał do tłumu przedsiębiorców na temat perspektyw robienia interesów w Bagdadzie. Nie był to wymarzony dzień na wygłaszanie optymistycznej przemowy: tamtego ranka ukazały się pierwsze zdjęcia z Abu Ghraib, w tym fotografia zakapturzonego więźnia z kablami przymocowanymi do rąk. Był to kolejny rodzaj terapii szokowej znacznie bardziej dosłownej od tej, którą Foley pomógł zastosować, choć w pewnym stopniu powiązanej. "Cokolwiek widzieliście, nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać" - powiedział Foley do tłumu. "Po prostu musicie to przyjąć na wiarę."

Reprinted by permission of International Creative Management, Inc.
Copyright © 2004 Naomi Klein
Originally published in English in "Harper’s Magazine".

Tłumaczenie: ma.

Powrót do części pierwszej

wersja strony: 0, ostatnia edycja: 1232362732|%e %b %Y, %H:%M %Z (%O temu)
Jeśli nie zaznaczono inaczej, Zawartość tej strony dostępna jest na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 2.5 License.