Czytać, aby żyć?

Czytać, aby żyć?

dodano 30 kwietnia 2007

Poniższy tekst jest:

  • napisany przez amatorkę i po amatorsku ;-)
  • komentarzem artykułu Marthy Nussbaum “Czytać, aby żyć”. Ustosunkowuję się w nim do tzw. krytyki etycznej, czyli takiego czytania literatury, które zwraca uwagę nie tylko na literackie walory dzieła, ale i na jego wartości etyczne; krytyka etyczna jest wynikiem spotkania czytelnika z dziełem i obserwowania przemian, jakie pod wpływem lektury zachodzą w człowieku. Zainteresowanym polecam czasopismo "Teksty Drugie" nr 1-2 z 2002, numer poświęcony właśnie krytyce etycznej.

Moim pierwotnym zamierzeniem było napisanie tekstu dotyczącego krytyki etycznej w oparciu o wspaniale napisany artykuł "Czytać, aby żyć" Marthy Nussbaum1. Autorka znana jest jako specjalistka w dziedzinie filozofii starożytnej (ze szczególnym uwzględnieniem etyki arystotelejskiej), a także jako kontynuatorka tej myśli w życiu współczesnym2. Martha Nussbaum proponuje ideał współczesnego człowieka - humanisty zaangażowanego silnie w sprawy społeczności, w której żyje. Brzmi to bardzo zachęcająco: ma przekonywać ludzi do odnowienia więzi wewnątrz lokalnych wspólnot, ma zwrócić ich uwagę na dobro nie tylko własne, ale i innych…3
W miarę czytania pracy profesor Nussbaum koncepcja mojego artykułu ewoluowała nieco, by całkowicie się zmienić po lekturze końcowych uwag autorstwa Pauliny Bielik-Robson pt.: "Kilka wątpliwości na temat etyki krytycznej: uwagi tłumacza4." Nie jest moim zamiarem recenzowanie i ocenianie żadnego z tych tekstów, chciałabym za to napisać o tym, jak wpisuje się koncepcja "czytania, aby żyć" Marthy Nussbaum w moje ogólne widzenie funkcji literatury oraz sposobu ich realizacji. Rozpocznę zatem tylko od krótkiego przedstawienia poglądów na krytykę etyczną obu autorek.
Martha Nussbaum w swoim artykule recenzuje książkę autorstwa Wayne Bootha "The Company We Keep: An Ethics of Fiction"5. Autorka jego koncepcję krytyki etycznej wyraźnie pochwala: podoba jej się pomysł, który można by streścić w następujących słowach: ze względu na szczególne możliwości perswazji literaturę należy zaprząc w służbę społeczeństwu, za jej pomocą propagować postawy obywatelskie, uczyć tolerancji, przełamywania stereotypów, altruizmu. Nussbaum za Boothem zachęca też do pluralizmu obrazów świata; nie mówi, ze istnieje jeden słuszny system wartości, który literatura powinna promować, zachęca raczej do krytycznego czytania książek, przyjaźnienia się z nimi i wyciągania z ich lektury racjonalnych wniosków. (Jednakże nigdzie w swojej pracy nie uszczegóławia tej tezy, podaje natomiast przykłady na to, jak literatura miałaby konkretne wartości promować… Ale o tym później.)
To, co dla jednych może być w artykule Nussbaum przedmiotem zachwytu, dla tłumaczki, Pauliny Bielik-Robson, staje się powodem krytyki. Staje ona na stanowisku obrończyni autonomii literatury. Marcie Nussbaum zarzuca dydaktyzm, chęć ograniczenia swobody twórców i swobody czytelnika, a także podstępne nim manipulowanie: stawianie go w sytuacji, w której nie ma właściwie wyboru i z punktem widzenia amerykańskiej profesor musi się zgodzić (nie można przecież powiedzieć, że literatura powinna propagować przemoc, seksizm, rasizm i tym podobne).
Początkowo planowałam w mojej pracy zaproponować inne spojrzenie na funkcje literatury w kontekście tego, co pisze w swym artykule Nussbaum, po głębszym przemyśleniu doszłam jednak do wniosku, że nie mam prawa narzucać twórcom literatury ani jej czytelnikom żadnego konkretnego punktu widzenia, żadnego konkretnego tematu społecznego, który powinien być poruszony6. Gdybym napisała w ten sposób mój tekst, jego temat powinien brzmieć: Co i jak czytać czytać, aby żyć dobrze?
Zamiast tego zwrócę więc uwagę na to, jak znaną już literaturę czytać można (ale nie trzeba), jak można wykorzystywać ją do tego, by nie przekazywać konkretnych wartości i dogmatów, ale by zacząć uczyć krytycznie czytać i myśleć.
Rozpocznę od przytoczenia fragmentu artykułu Michała Pawła Markowskiego7, który zmienił mój sposób widzenia literatury: "Musi istnieć sfera wypowiedzi, niepoddana żadnej władzy, niepodatna na jakiekolwiek obostrzenia i konwenanse, sfera całkowitej, nieskrępowanej swobody, wyjętej nawet spod prawa, sfera, w której - w przeciwieństwie do innych sfer naszego życia - panować może (i powinna) zasada nieograniczonej wolności8." Dotyczyć ma ta wolności zarówno autorów, jak i czytelników, interpretatorów, krytyków. Miarą "wartości" dzieła ma być oddźwięk, jaki uzyska w społeczeństwie, a nie to, czy jest "dobre" czy "złe". Koncepcja ta kłóci się więc wyraźnie z koncepcją Marthy Nussbaum.
Planowałam zaproponować w mojej pracy temat, który może wydawać się współczesnej etyce szczególnie ciekawy: problem etyki mediów i ich użytkowników. Przykładem, którym zamierzałam się posłużyć, jest problem biedy w tzw. Trzecim Świecie. Nie ulega wątpliwości, że większość krajów znajdujących się poza Ameryką Północną, Australią i Europą jest w o wiele gorszej od nich sytuacji ekonomicznej. Wiemy o głodnych dzieciach, uchodźcach, wojnach, ale czy zdajemy sobie sprawę, skąd się to wszystko bierze, jaki jest nasz udział w ich nieszczęściu? Media głównego nurtu ten problem na ogół przemilczają. Pojawiają się zwykle tylko niejasne wzmianki umieszczane w mało widocznych miejscach gazety czy strony internetowej9. Przeciętny mieszkaniec Europy czy USA nie ma jednak pojęcia o sytuacji niewolniczo pracujących dzieci10 i nie wie o tym, że może wpłynąć na ich los. Doszłam do wniosku, ze skoro media zawiodły i informują nas, obywateli, przede wszystkim o tym, co leży w interesie korporacji, ich rolę "uświadamiania społeczeństwa" i szerzenia wiedzy na te współczesne i niezwykle trudne tematy mogłaby przejąć literatura.
Z pewnością nieetyczne jest “przykładanie ręki” do niewolniczej pracy dzieci. Nieetyczne jest wspieranie firm, które wykorzystują swoich pracowników. Nieetyczne jest wspieranie korporacji, które niszczą środowisko naturalne. Czy ktoś jednak wie, jak to zmienić? Ile osób w ogóle zdaje sobie sprawę z istnienia tych problemów i ich wagi? Rozmowy przeprowadzane przeze mnie wśród rówieśników sugerują, że niewiele. Zdobycie takiej wiedzy jest albo dziełem przypadku (na przykład spotkania osoby społecznie zaangażowanej, która wprowadzi nas w świat takich informacji), albo wynika ze szczególnych, konkretnych zainteresowań.
Gdyby literaci podjęli problem biedy w Trzecim Świecie, gdyby w swych utworach pokazali nie tylko liczby i statystyki, ale trudności życiowe, z jakimi borykają się przeciętni ludzie, mogliby przybliżyć nieświadomym niczego mieszkańcom bogatych krajów, w czym tak naprawdę biorą udział. Zgodnie z tezą profesor Nussbaum między czytelnikiem a książką powstaje bowiem specyficzna więź, którą można określić mianem przyjaźni. Gdyby więc taka przyjaźń została nawiązana, losy opisanych w utworze ludzi przestałyby być odległe, przestałyby być jedynie historyjkami wspomnianymi w bocznych rubrykach gazet, zaczęłyby coś znaczyć naprawdę. Prawdopodobnie człowiek "zaprzyjaźniony" z książką o tego typu tematyce poczułby się współwinny, chciałby w jakiś sposób zmienić stosunki, jakie zapanowały w świecie. Nie mógłby już sie zasłonić niewiedzą, a jeśli byłby czytelnikiem wrażliwym, uczuciowym, angażującym się emocjonalnie w to, co czyta, nie mógłby też tego wepchnąć do szuflady opisanej "przemyśleć to kiedyś, kiedy już najem się czekolady, napiję kawy, kupię markowe ubrania i…". Taki czytelnik prawdopodobnie powiedziałby komuś innemu o tym, co przeczytał, i wspólnie pokręciliby głową, patrząc na niektóre sklepowe półki czy czytając artykuły w niektórych gazetach11. Zaczęliby zastanawiać się, myśleć, szukać. Staliby się bardziej świadomi siebie i bardziej otwarci. Wpłynęłoby to na ich otoczenie - znajomych, rodzinę, dzieci. Gdyby ci ludzie byli nauczycielami, księżmi, mogliby swoja wiedzą dzielić sie z innymi, uczyć wrażliwości, uświadamiać, że świat nie kończy się za granicami Europy i USA, że "gdzieś tam" żyją ludzie, którym wyrządzono krzywdę i którym trzeba tę krzywdę wynagrodzić. Stan społecznej wiedzy stopniowo zmieniałby się.
Oczywiście, jest to wizja idealna, utopia. Nie sądzę, że w rzeczywistości wszystko to działoby się w sposób tak prosty, bezproblemowy, bez wątpliwości, pytań i błędów. Można by jednakże potraktować taki rozwój wydarzeń jako modelowy i dążyć do jego realizacji, jak najbardziej starać się wcielić w życie tyle, ile tylko się da. Mimo to nie zgodzę się postawić tezy, że obowiązkiem literatury jest podjąć te, przykładowo przeze mnie wskazane, tematy.
W swoim komentarzu do artykułu Marthy Nussbaum Paulina Bielik-Robson pisze o koncepcji Nussbaum i Bootha: "[…] operują oni dwoma różnymi modelami dobrego życia. […] Ten pierwszy uczy […] wielości dóbr, mądrego sceptycyzmu wobec rozmaitości kontekstów i perspektyw, silnie zindywidualizowanej wrażliwości, dogłębnie świadomej złożoności świata, a wreszcie - last but not least - automatycznej podejrzliwości wobec wszelkich, nieuchronnie upraszczających tę komplikację, schematów ideologicznych. Ten drugi natomiast uczy czegoś dokładnie odwrotnego - prostego dekalogu norm moralnych, pryncypialności w ocenie świata i innych, skłonności do angażowania się w schematycznie wytyczone cele społeczne12." To zdanie uważam za kluczowy element jej krytyki. Nie chodzi tu o to, by zarzucić Marcie Nussbaum sprzyjanie temu drugiemu modelowi dobrego życia. Bielik-Robson dostrzega natomiast, że ryzykujemy rozpowszechnianie go, jeśli będziemy literaturze przypisywać cele społeczne i etyczne.
Z tego właśnie powodu staram się oprzeć pokusie zaproponowania w mojej pracy listy tematów, które literatura powinna poruszyć; czy pokusie stworzenia listy lektur, które każdy człowiek znać powinien. Mimo iż cele są szczytne, a potencjalne korzyści społeczne i etyczne - ogromne, czuję, że nie mam prawa, by coś takiego zaproponować. Literatura powinna, moim zdaniem, pozostać literaturą i realizować swoje pierwotne funkcje (a więc funkcje estetyczne). Stworzenie "listy lektur poprawnych etycznie" mogłoby mieć dla niektórych pisarzy tragiczne skutki: ich dzieła, mimo niewątpliwych walorów literackich, mogłyby znaleźć się poza ową listą z powodów całkiem "nieliterackich"13.
Myślę, że pod słowami "Czytać, aby żyć" można ukryć za to coś całkiem różnego od przedstawionej przez Marthę Nussbaum (w interpretacji krytycznej Pauliny Bielik-Robson) koncepcji. Gdyby zaproponować krytyce etycznej jeszcze większą otwartość, gdyby większy nacisk położyć na realizację pierwszego wspomnianego powyżej modelu "dobrego życia", literatura mogłaby - właśnie ze względu na wielość postaw, tematów, poglądów (nawet skrajnie niemoralnych), które podejmuje - uczyć owej otwartości, sceptycyzmu i myślenia. Człowiek oczytany w różnego rodzaju literaturze z pewnością mógłby samodzielnie zdecydować, która z postaw moralnych wydaje mu się odpowiednia… i doszedłby być może do podobnych wniosków, jakie próbuje nam "literatura według Marthy Nussbaum" wpoić, przekazać.
Podsumuję to, co napisałam wcześniej: nie chodzi mi w tej pracy o krytykę koncepcji Marthy Nussbaum, a jedynie o wskazanie zagrożeń, jakie niesie instrumentalne traktowanie literatury, pozbawianie dzieła literackiego autonomii. Jedyną wartością, której literatura może "uczyć" (już po tym, jak nas zachwyci, rozbawi, rozzłości, zasmuci…), jest prowokowanie ludzi do myślenia, poszukiwania prawdy i wiedzy, do świadomego dokonywania wyborów.

Natalia_Kin

wersja strony: 1, ostatnia edycja: 1177965988|%e %b %Y, %H:%M %Z (%O temu)
Jeśli nie zaznaczono inaczej, Zawartość tej strony dostępna jest na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 2.5 License.