Dyskryminacja według Ryszarda Legutko. O środkach wartościowania w języku
dodano 7 maja 2007
W poniższym komentarzu zanalizuję językowe środki wartościowania, jakie są zawarte w krótkim fragmencie wywiadu z Ryszardem Legutko, filozofem i politykiem PiS, jaki dla "Dziennika" przeprowadził Witold Głowacki. Poniżej zamieszczam komentowany tekst.
Według Słownika Terminów Literackich wartościowanie to sąd stwierdzający występowanie w dziele (m.in. literackim) określonych wartości, dzięki którym jest ono dla odbiorcy bardziej lub mniej cenne od innych dzieł tej samej kategorii. (Oczywiście, nie mam na myśli tego, że wywiad przeprowadzony z panem Legutko jest dziełem - ani, tym bardziej, dziełem literackim…)
Pisząc "środki wartościowania" mam na myśli wartościujące elementy w języku; można podzielić na parajęzykowe (gesty, intonacja, symbolika dźwiękowa i graficzna) oraz językowe (fleksyjne - związane z odmianą wyrazu, składniowe, słowotwórcze, leksykalne oraz tropy stylistyczne). Z wielkim żalem muszę ograniczyć się do analizy tylko i wyłącznie środków językowych - wywiad przeczytałam w gazecie i nie miałam okazji obserwować parajęzykowych środków wartościowania, którymi pan Legutko z pewnością okrasił(by) swoją wypowiedź.
Komentowany tekst:
Fragment wywiadu "Troglodyci kontra łże-elity" [w:] Dziennik - opinie, z dnia 29.04.2007,
www.dziennik.pl
2007-04-29 22:34 Aktualizacja: 2007-04-29 23:11
[…]
Pojęcie dyskryminacji dość często pojawia się w debacie publicznej…
Ryszard Legutko: To bardzo modne słowo. Rozpowszechnienie się idei dyskryminacji i powszechnej z nią walki jest widoczne nawet w traktacie konstytucyjnym. To wyjątkowo nieostre pojęcie. W jak różnych sytuacjach jest ono używane… Złe spojrzenie na kogoś to dyskryminacja. Wyrzucenie z egzaminu nieodpowiednio ubranego studenta to znów dyskryminacja. Numerus clausus to także ta sama dyskryminacja. Podobnie jak dyskryminacja Żydów w III Rzeszy. Nie znoszę pojęć, które są używane w kontekście politycznym, a które pozwalają na nieostre podziały. W dodatku są to podziały bardzo mocno wartościujące. Kto bowiem znajdzie się po stronie „dyskryminujących”, automatycznie ląduje w jednej szufladzie z Hitlerem.
Dyskryminacja poprzez „dyskryminację“?
Ten język budzi silne polityczne emocje. Ktokolwiek się do niego przyzwyczai, ten prędzej czy później uzna, że natychmiast musi zająć radykalne stanowisko wobec potworności dyskryminacji, którą widzi na co dzień. To intelektualnie zabójcze. Wskutek używania takich słów łatwo wprowadzić się w stan, w którym nabiera się przekonania o uczestnictwie w walce o wolność, człowieczeństwo i cywilizację zachodnią. Tymczasem te same zjawiska mogą być nazwane zupełnie inaczej i nie wywoływać już tak skrajnych emocji.
Mamy jednak czasem do czynienia z faktami, które trudno rozpatrywać inaczej niż w kategoriach dyskryminacji. Piotr Pacewicz na łamach „GW” uznał niedawno – w kontekście raportu stowarzyszenia „Lambda” o sytuacji gejów – Polskę za kraj, w którym konstytucyjne zapisy o zakazie dyskryminacji funkcjonują tylko na papierze.
Zdarza mi się od lat nieco jeździć po świecie. Już dawno dostrzegłem, że tego typu lamenty czy też histerie zdarzają się właściwie we wszystkich wysoko rozwiniętych krajach. Żyjemy w społeczeństwach, które są wręcz niemożebnie rozluźnione. Narzekanie na brak wolności i równości w tych społeczeństwach jest więc jakimś absurdem. Im więcej wolno, im więcej się dopuszcza, tym bardziej otwierają się możliwości artykulacji różnych egzotycznych programów i idei. Ponieważ przed wieloma z nich broni się społeczeństwo oraz zdrowy rozsądek, ich rzecznicy ponoszą krzyk, że dzieją się rzeczy straszne. Tymczasem, gdyby było naprawdę strasznie, nikt by nie protestował.
Według przywołanego raportu 85 procent gejów boi się ujawnić w pracy. Dla nich te poglądy mogą nie być tak bardzo egzotyczne.
A czy to rzeczywiście tak społecznie ważne, kto kogo pożąda? Ktoś, kto uważa, że jest dyskryminowany jako „gej”, czyni ze swojej seksualności podstawowy element tożsamości. Przestaje być katolikiem czy ateistą. Przestaje być zwolennikiem lewicy czy prawicy. Przestaje być nauczycielem, mechanikiem, wędkarzem czy miłośnikiem lotnictwa. Przyjmuje za to pozorną tożsamość „geja”. Samo słowo „gej”, idiotycznie brzmiące po polsku, jest zresztą mocno naładowane ideologicznie. Tak ideologicznie skonstruowany „gej” ma niewiele wspólnego z liczną rzeszą ludzi posiadających skłonności do tej samej płci, zaś wiele wspólnego z grupą politycznych krzykaczy wznoszących absurdalne hasła. Tego typu zabiegi są narzędziami wojny ideologicznej, która toczy się we współczesnej kulturze
Nie ma wojny bez przyczyny.
I celu. W tej akurat wojnie może chodzić na przykład o zmianę definicji małżeństwa. A pośrednio – o kształt współczesnego społeczeństwa. Dlaczego właściwie mielibyśmy zmieniać tę definicję? I gdybyśmy ją zmienili, czy nie powinniśmy także zmienić innych definicji? I ulegać wszystkim żądaniom grup, które czują się „nierówne” bądź dyskryminowane?
Tymczasem tego właśnie się od nas wymaga. Postępująca egalitaryzacja współczesnych społeczeństw zmierza ku zasadzie równości wszystkiego. Tymczasem powszechna równość stoi w sprzeczności z podstawową zasadą organizacji życia społecznego – którą jest zawsze hierarchia. Pojęcie dyskryminacji jest więc narzędziem w politycznej kampanii na rzecz równości wszystkiego ze wszystkim, co równa się faktycznie dezintegracji społeczeństwa i niekontrolowanym rządom ideologii.
[…]
Rozmawiał: Witold Głowacki
Komentarz:
Wybrałam do analizy zamieszczony powyżej fragment wywiadu, ponieważ wydał mi się on szczególnie ciekawym przykładem używania środków wartościujących do osiągnięcia pewnego konkretnego, założonego z góry celu: do przekonania rozmówcy i czytelnika do jedynej słusznej racji. Ryszard Legutko, stosując takie środki językowe, nie pozostawia właściwie miejsca na rzeczową polemikę, każdemu bowiem może odpowiedzieć, że jego głos to po prostu głos "zdrowego rozsądku", że słowo dyskryminacja tak naprawdę nie dotyczy większości ludzi, którzy czują sie dyskryminowani, że istnieje jeden oczywisty i słuszny porządek społeczny.
Moim celem nie jest ukazanie błędów w rozumowaniu pana Legutko ani skrytykowanie jego wizji świata, tylko wskazanie, że zastosowane przez niego środki wartościowania mają wyraźny wpływ na ton dyskusji, że ewentualnego przeciwnika stawiają od początku rozmowy w gorszej pozycji, ucinając wszelką polemikę w punkcie wyjścia.
W tym krótkim fragmencie wywiadu pojawiają się niemal wszystkie językowe środki wartościowania, jakie profesor Puzynina wymieniła w swojej książce "Język i wartości". Omówię je kolejno na przykładach z wywiadu.
Składniowe środki wartościowania:
W wypowiedziach pana Legutko pojawiają się konstrukcje składniowe, które mają sprawić, że czytelnik uwierzy w jego doświadczenie, wiedzę, uzna jego sądy za ważniejsze od tych, które wyrazi ktoś inny, nie posługujący się takim językowym wartościowaniem w swoich wypowiedziach. W wyrażeniach takich, jak: w jak różnych sytuacjach jest ono [słowo dyskryminacja] używane… oraz zdarza mi się od lat nieco jeździć po świecie widać wyraźnie, że autor wypowiedzi pragnie przekonać czytelnika do swoich racji nie tyle treścią swojej wypowiedzi, co wskazaniem na to, że jest ona wyrażona przez człowieka, który wie, o czym mówi - bo zdarzyło mu się od lat jeździć po świecie. Czytelnik nie ma możliwości zweryfikowania tej informacji, więc prawdopodobnie potraktuje ją jako fakt i uwierzy, że wypowiadana następnie teza poparta jest wiedzą i doświadczeniem.
Słowotwórcze środki wartościowania:
W wywiadzie pojawia się słowo, w którym występuje wyraźnie wartościujący sufiks (przyrostek) -acz: krzykacz (a więc ten, który krzyczy). Pojawia się on także w podobnych słowach: pieniacz (ten, który się "pieni"), nagabywacz (ten, który nagabuje), porywacz (ten, który porywa).
Formant ten charakterystyczny jest raczej dla przedmiotów, np. odkurzacz - to, czym się odkurza; wykrywacz kłamstw - urządzenie, dzięki któremu wykrywa się kłamstwa, itp. Zastosowanie tego sufiksu do określenia człowieka nadaje mu wydźwięku pejoratywnego, pozbawia powagi osobę, która krzyczy (nawet, jeśli krzyczy w słusznej sprawie lub krzyczy, ponieważ cierpi, krzyczy, ponieważ potrzebuje pomocy, coś ją boli itp.)
Leksykalne środki wartościowania:
W wywiadzie występuje ich zdecydowanie najwięcej. Niemal w każdym zdaniu pojawia się słowo, które nadaje wypowiedziom szczególny ton wyższości i przekonania o własnej racji - z wykluczeniem możliwości, że rację może mieć ktoś inny (np. wspomniany powyżej krzykacz).
Słowo kluczowe dla fragmentu tego wywiadu, które pojawia się już w pierwszym pytaniu, to dyskryminacja. Według Słownika Języka Polskiego oznacza ono prześladowanie poszczególnych osób lub grup społecznych albo ograniczanie ich praw ze względu na rasę, narodowość, wyznanie, płeć itp. Pan Ryszard Legutko używa go jednak w taki sposób, w takim kontekście, że pozbawia je pierwotnego znaczenia, robi z niego słowo-szufladę mieszczącą w sobie tych, którzy czują się nierówni czy pokrzywdzeni - niekoniecznie jednak mając do tego podstawy. Stawia ich obok krzykaczy. Dyskryminacja - a więc, co wynika z wypowiedzi pana Legutko, pewnego rodzaju hamowanie zapędów niektórych jednostek do posiadania większej swobody - jest tu skutkiem posiadania przez społeczeństwo zdrowego rozsądku.
Stanowisko dyskryminowanych nazywane jest radykalnym. (Słownik Języka Polskiego: radykalny: 1. będący skutkiem zdecydowanych, bezkompromisowych działań 2. dążący do zasadniczych zmian w życiu społecznym lub politycznym; też: będący wyrazem tych dążeń.) Ocenia wyraźnie działania osób z różnych grup - nie definiuje jeszcze, jakich dyskryminowanych ma na myśli, ale już na początku wywiadu zarzuca im dążenie do zasadniczych zmian w życiu społecznym.
Słowa lamenty, histerie również nacechowane są tu pejoratywnie - wydają się nie tyle słusznym wyrazem rozpaczy, co hałaśliwym wyrażaniem niezadowolenia - w taki sposób, by zwrócić na siebie jak największą uwagę.
Programy i idee tych "dyskryminowanych" nazwane są egzotycznymi, a więc obcymi naszej kulturze, pochodzącymi z innej rzeczywistości. To również w pewien sposób wartościuje te programy i idee - wskazuje na ich obcość, na to, że nie pasują do społeczeństwa według pana Legutko. Można odnieść wrażenie, ze nazywajac je egzotycznymi pan Legutko mówi w domyśle "niech wrócą tam, skąd zostały do nas przyniesione". To wyraźne odwołanie się do przekonania, że to, co "nasze", jest lepsze, a to, co "obce" - złe.
Pododną fukcję pełni nazwanie haseł absurdalnymi - a więc niedorzecznymi, bezsensownymi dla rozsądnego obywatela, niewartymi nawet jego uwagi.
W dalszej części artykułu, kiedy prowadzący wywiad przytacza przykład, że 85% homoseksualistów bałoby się przyznać w pracy do swojej orientacji seksualnej, pan Legutko używa określenia: pozorna tożsamość geja obok tożsamości katolika, ateisty, wędkarza. Nie wyjaśnia jednak, dlaczego to tożsamość geja ma być pozorna. Pozbawia tym słowem homoseksualistę prawa do czucia się częścią pewnej grupy ludzi, którzy cechują się tym samym, co on, pozbawia go prawa "czucia się gejem" - a więc wskazuje, ze jest to tożsamość wyraźnie gorsza.
Słowo gej uważa za idiotycznie nacechowane. Tak pojętego geja stawia znów obok wspomnianych krzykaczy. Skojarzenia, jakie budzi słowo gej (a mogą przecież być przeróżne - od pozytywnych do negatywnych) uważa za idiotyczne - a więc zdecydowanie negatywne.
Leksykalne środki wartościowania pojawiają się także w wyrażeniach: podstawowa zasada organizacji życia społecznego, którą jest zawsze hierarchia oraz [kampania na rzecz równości] faktycznie równa się dezintegracji społeczeństwa. Podkreśliłam słowa, które wydały mi się szczególnie nacechowane. Podstawowa zasada - a więc zasada, którą każdy powinien znać i do której powinien się stosować, stosunek do tej zasady dookreślony jest słowem zawsze - jest to zawsze hierarchia. Pan Legutko, używając tych słów, wskazuje na to, że hierarchia jest jedyną słuszną zasadą organizacji zycia społecznego. Po raz kolejny pozbawia głosu potencjalnego przeciwnika. W słowach faktycznie równa się zwraca z kolei uwagę na bezpośrednią zależność obu elementów wypowiedzi, ich tożsamość. Kampania na rzecz równości zawsze oznacza dezintegrację społeczeństwa, a więc coś wyraźnie negatywnego.
Tropy stylistyczne:
W wywiadzie pojawia się wiele tropów stylistycznych, które wartościują wypowiedzi. Do najważniejszych z nich zaliczam frazeologizmy, wyrażenia potoczne, ironię, eufemizmy, hiperbolę, pytania retoryczne.
* frazeologizmy
Wyrażenia funkcjonują tylko na papierze używa dziennikarz, który zwraca uwagę na to, że równość i prawo do wyrażania własnych poglądów, które gwarantuje konstytucja, nie są przestrzegane. Frazeologizm ten podkreśla, że taka sytuacja jest nieodpowiednia, że powinno się coś zrobić, by zasady funkcjonowały w rzeczywistości, a nie pozostawały tylko zapisanym i nieegzekwowanym prawem.
Wyrażenie zdrowy rozsądek to cecha, którą przypisuje społeczeństwu pan Legutko. Sugeruje ono, że społeczeństwo jesy źródłem zawsze rozsądnych opinii i to im należy ufać. Nie zwraca tu uwagi na możliwość wykorzystywania przez społeczeństwo stereotypu, możliwość poddania się manipulacji mediów. Sądy wyrażane przez społeczeństwo (czy np.powszechny pod koniec XIX antysemityzm wieku także?) to wyraz zdrowego rozsądku, z którym trudno przecież polemizować.
Kolejny wartościujący frazeologizm to podnosić krzyk. Krzyk podnoszą tu oczywiście krzykacze, ludzie hałaśliwi, którzy buntują się przeciw zdrowemu rozsądkowi społeczeństwa i hierarchii, która zawsze jest podstawową zasadą organizacji życia społecznego. Podnoszenie krzyku i nie zasługuje na uwagę, tak, jak krzykacz nie zasługuje na wysłuchanie.
* Wyrażenie potoczne
Wyrażenie potoczne polityczna kampania na rzecz równości wszystkiego ze wszystkim - jest jakby cytatem, przytoczeniem poglądów ludzi, których pan Legutko uważa za radykałów i krzykaczy - chociaż prawdopodobnie żaden z nich nie określił swojego programu w takich słowach. Gdyby pan Legutko kontynuował swoją wypowiedź i zechciał poprzeć ją przykładem, mógłby powiedzieć np. równość praw prezydenta i bezdomnego do godnego życia, albo równość praw tych, którzy jedzą jajecznicę i tych, którzy wolą jajko gotowane na miękko. To wyrażenie na tyle nieprecyzyjne, że stawia twórców tej politycznej kampanii na stanowisku ludzi, którzy sami nie wiedzą, czego chcą, o co walczą - ważne jest dla nich tylko zrobienie szumu wokół własnych osób oraz zdezintegorwanie społeczeństwa.
* ironia
Ironia pojawia się w wypowiedziach pana Legutko dość często. Według słownika jest to drwina, złośliwość lub szyderstwo ukryte w wypowiedzi pozornie aprobującej.
W epitecie: modne słowo zwraca więc uwagę na to, że nie jest to słowo (chodzi o dyskryminację) zasługujące na bycie modnym, powszechnym, ważnym.
Tego typu lamenty czy też histerie - lamenty i histerie dotyczące dyskryminacji, która wcale nie jest ich warta. Lament i histeria zarezerwowane są dla prawdziwych tragedii, którą - zdaniem pana Legutko - dyskryminacja wcale nie jest.
Potworności dyskryminacji - potworności, które w rzeczywistości nie są potworne - pan Legutko zwraca tu uwagę na to, że w społeczeństwie polskim tak naprawdę do wielkiej dyskryminacji nie dochodzi, a jej przejawy wcale nie są potworne, to tylko małe, nic nie znaczące wyrazy "zdrowego rozsądku".
* eufemizm
Ludzie posiadający skłonność do tej samej płci zamiast homoseksualiści czy geje - słowo, które zdaniem pana Legutko jest idiotyczne nacechowane oraz naładowane ideologicznie, chociaż dla większości ludzi zupełnie neutralne.
* hiperbola
W wywiadzie pojawiają sie dwie hiperbole (przesadnie): ląduje w jednej szufladzie z Hitlerem oraz złe spojrzenie na kogoś to już dyskryminacja. Obie ukazują stosunek pana Legutko do wyrazów sprzeciwu, z jakimi się spotyka. Uważa te sprzeciwy za niesłuszne, broni się przed nimi, uważając, że oponenci polityczni "przesadzają" - a więc po raz kolejny pozbawia ich powagi i prawa do wyrażania poglądów innych niż zgodne z jego punktem widzenia.
* pytania retoryczne
Ostatnim środkiem stylistycznym, który chciałabym omówić, jest ciąg pytań retorycznych zastosowanych przez pana Legutko w końcowej części fragmentu wywiadu. Mówi on: Dlaczego właściwie mielibyśmy zmieniać tę definicję [chodzi o definicję małżeństwa]? I gdybyśmy ją zmienili, czy nie powinniśmy także zmienić innych definicji? I ulegać wszystkim żądaniom grup, które czują się dyskryminowane? Oczywiscie, większość Polaków przeciwna jest małżeństwom homoseksualnym, pan Legutko odwołuje się tu więc do poglądów większości - i jedyna słuszna odpowiedź na to pytanie brzmi: nie ma takiego powodu. Przypisuje homosekualistom chęć zmienienia porządku społecznego, chociaż wielu z nich nie pragnie związków małżeńskich, a jedynie możliwości zalegalizowania związku (uproszczenie procedur związanych z dziedziczeniem, możliwość dowiadywania się od lekarzy np. o przebiegu operacji partnera, możliwość odebrania w jego imieniu przesyłki poleconej itp). Kolejne pytania również zawierają w sobie domyślną odpowiedź: nie, w żadnym wypadku. Pan Legutko uogólnia tu problem, sugeruje, że homoseksualiści domagają się nie tylko zmiany definicji małżeństwa (co nie jest całkowicie zgodne z prawdą), ale i zmiany innych definicji i ustępowania im we wszystkim. To bardzo niebezpieczne: nie wiadomo, czego jeszcze mogą zarządać, więc na wszelki wypadek należy powiedzieć "nie" już na samym początku. Zamyka to możliwość wszelkiego dialogu, aby nie zburzyć obecnego porządku społecznego, który jest dobry, bo zgodny ze zdrowym rozsądkiem.
W mojej pracy omówiłam środki wartościowania językowego na wybranych przykładach. Wyrażeń, które są nacechowane i zawierają w sobie element oceny, jest znaczenie więcej. Do analizy wybrałam ten właśnie fragment, bo problem, który ukazuje, wydaje mi się niezwykle istotny: świadome używanie jezyka do osiągnięcia pewnego celu, czyli przekonania czytelników do swojej racji. Nie język powinien tu moim zdaniem decydować, ale treść kominikatu; nie to, jak zostanie informacja ludziom przekazana, ale to, co w sobie tak naprawdę zawiera, jakie jest jej realne znaczenie, kogo dotyczy, jakie będą jej konsekwencje.
W dalszej części wywiadu (której tu nie zamieściłam, a która dostępna jest na podanej w bibliografii stronie internetowej Dziennika) pan Legutko potępia wyraźnie brutalizację języka publicznego. Tymczasem wydaje mi się, że takie nagromadzenie środków wartościowania w wywiadzie umieszczanym w opiniotwórczej gazecie jest właśnie przejawem owej brutalizacji. Oceniam to jako próbę manipulowania odbiorcami komuniaktu, wykorzystywanie pewnych znanych już znaczeń (środki frazeologiczne) do osiągnięcia konkrentego celu, jakim jest hierarchizacja społeczeństwa - i wskazanie dyskryminowanym grupom, gdzie jest ich miejsce. Większość ludzi posługuje się stereotypami i po przeczytaniu takiego wywiadu - zamiast zastanowić się nad tym, czym tak naprawdę jest dyskryminacja, czemu służy, kto i dlaczego pada jej ofiarą - znajduje potwierdzenie swoich zakorzenionych głęboko, być może irracjonalnych uprzedzeń i obaw.
Uważam, że o ile wartościowanie w literaturze nie musi być szkodliwe, może wzbogacać dzieło, ukazywać różne punkty widzenia, o tyle w języku publicznym może wyrządzić duże szkody. Myślę, że powinno dążyć się jednak do konkretności i obiektywizmu. Analiza fragmentu tego wywiadu miała pokazać, jak trudno jest wciąż zdobyć rzetelne, niesubietywne informacje.








