Analiza doniesień prasowych na temat dwóch aktów terroru

Dlaczego lepiej podłożyć bombę na Kubie niż porwać indyjski samolot? Analiza doniesień prasowych na temat dwóch aktów terroru

dodano 13 maja 2007

Dla stu osiemdziesięciu dziewięciu pasażerów samolotu indyjskich linii lotniczych 24 grudnia roku 1999 nie był dniem radosnym. Airbus 300, którym lecieli z Katmandu do New Delhi, został porwany przez grupę rebeliantów walczących o oderwanie Kaszmiru od Indii. W Dubaju porywacze uwolnili 27 zakładników, przekazali ciało jednego pasażera, który został śmiertlelnie ugodzony nożem, a następnie odlecieli w stronę Afganistanu. Kiedy samolot wylądował w Kandaharze, rząd Indii rozpoczął starania o uwolnienie porwanych pasażerów; nie było to jednak łatwe, ponieważ lotnisko, na którym wylądował Airbus, zostało zajęte przez uzbrojonych Talibów, którzy nie chcieli zgodzić się na przeprowadzenie akcji odbicia zakładników na ich terytorium. Równocześnie potępili porwanie i zagrozili, że przypuszczą szturm na samolot, jeśli którykolwiek z jego pasażerów zostanie zamordowany. Jedynym sposobem na uwolnienie porwanych ludzi wydawało się spełnienie żądań kaszmirskich separatystów, którzy domagali się przede wszystkim uwolnienia grupy swoich towarzyszy odsiadujących wyroki w indyjskich więzieniach. Po kilkudniowych negocjacjach rząd Indii ugiął się i wypuścił na wolność trzech więźniów; 31 grudnia 1999 roku zakładnicy zostali uwolnieni, a porywaczom udało się uciec (do dziś nie zostali pojmani)[1] [2]. Według ustaleń indyjskiego rządu akcję przeprowadziło pięciu obywateli Pakistanu: Ibrahim Athar, Shahid Akhtar Sayed, Sunny Ahmed Qazi, Mistri Zahoor Ibrahim i Shakir[2].

Dwa i pół roku wcześniej strach padł na turystów odwiedzających Kubę: niezidentyfikowani sprawcy przeprowadzili serię zamachów bombowych w luksusowych hawańskich hotelach. Na początku września 1997 roku bomby wybuchły w kilku miejscach niemal jednocześnie. Zginął włoski turysta. Przedstawiciele Departamentu Stanu USA potępili zamachy, nieco mniej stanowczy sprzeciw wyrazili kubańscy emigranci mieszkający w Miami, mówiąc, że "każda metoda odsunięcia od władzy Fidela Castro jest usprawiedliwiona"[3]. Przedstawicielka wspieranej przez amerykański rząd Kubańsko-Amerykańskiej Fundacji Narodowej (CANF), która skupia radykalnych przeciwników Castro powiedziała, że zamachy są ostrzeżeniem dla turystów odwiedzających Kubę.
Kilka dni po tragicznej eksplozji władze Kuby ujęły Slawadorczyka Raula Ernesto Cruz Leona, który przed kamerami przyznał się do przeprowadzenia sześciu zamachów bombowych w hotelach i restauracjach, nie ujawnił jednak przez kogo zostały zlecone. Władze Kuby oskarżyły o CANF o finansowanie operacji, nie przedstawiając jednak dowodów wspierających ten zarzut[4].

***

Jak do tych aktów terroru odniosły się polskie media? Obywatel, który - w przeciwieństwie do mieszkańców Kuby - cieszy się wolnością słowa, chciałby pewnie, żeby oba wydarzenia zostały uczciwie przedstawione. Przecież to media są głównym źródłem informacji o świecie, to one kształtują postawy i opinie ludzi, wpływają na ich decyzje, pozostając niemal poza (formalną) społeczną kontrolą. Może właśnie dlatego spoczywa na nich szczególna odpowiedzialność za przekazywane (i nieprzekazywanie) informacji.
Niech obywatel ten będzie mieszkańcem Polski, kraju w którym obowiązuje zasada wolności prasy. Szóstego września 1997 roku, dwa dni po tragicznym w skutkach zamachu bombowym, wybiera się on do kiosku, gdzie kupuje dwa opiniotwórcze dzienniki: "Gazetę Wyborczą" i "Rzeczpospolitą". Jeśli jest uważnym czytelnikiem, w "Wyborczej" znajdzie złożony ze 183 słów artykuł na temat zamachów na Kubie; być może ogarnie go zdumienie, kiedy dowie się że do wybuchów bomb na kubańskiej riwierze dochodzi już od trzech miesięcy. Nie pamięta, żeby w ostatnim czasie w "GW" pojawiały się doniesienia z Kuby na ten temat - nic dziwnego, rzeczywiście próżno szukać o tym choćby wzmianki. Owszem, publikowane były artykuły o innych wydarzeniach na Kubie: ironiczne doniesienia na temat przedsięwzięć reżimu Castro, zapowiedzi papieskiej pielgrzymki czy informacje o deportowaniu obrończyni praw człowieka. "Gazeta" zainteresowała się wybuchami dopiero wtedy, gdy przyniosły skutek - śmierć włoskiego turysty. Z kolei "Rzeczpospolita" pisała o nieudanych zamachach już w lipcu, po tym jak Kuba zaczęła podejrzewać organizacje kubańskich uchodźców w USA o związki z zamachowcami. Informacji o wybuchach, jakie nastąpiły niespełna dwa miesiące później, "Rzeczpospolita" nie uznała już za wartą upublicznienia, co budzi jeszcze większe zdziwienie czytelnika.
Obie gazety poinformowały za to o zatrzymaniu przez kubańskie władze osoby podejrzewanej o udział w przeprowadzeniu zamachów. W artykule opatrzonym osobliwym nadtytułem ("Nawrócony Fidel Castro może uratować zamachowca od kary śmierci"), "Gazeta Wyborcza", powołując się na opinie zagranicznych korespondentów pisze, że aresztowany Salwadroczyk "jak na człowieka, któremu grozi co najmniej 20 lat więzienia, a nawet śmierć, sprawiał wrażenie niezwykle spokojnego, a nawet zrelaksowanego"[5]. Dalej pojawia się rozwinięcie sugestii, że nawrócony na chrześcijaństwo Castro chce wykorzystać okazję do okazania łaski zamachowcowi. "Gazeta" informuje (dyskretnie dyskredytując przy tym źródło komunikatu1) o nieujawnionych dowodach kubańskiego kontrwywiadu na to, że zamach został zlecony przez Kubańsko-Amerykańską Fundację Narodową z Miami.
Oczywiście fundacja, skupiająca skrajnie konserwatywnych emigrantów, zaprzecza tym oskarżeniom. Rok później Luis Posada Carriles, który ma na swoim koncie atak terrotystyczny na samolot pasażerski w latach 70.[6] i przez lata przyjmował pieniądze od fundacji kubańskich imigrantów, potwierdził w wywiadzie dla "New York Times", że Salwadorczyk schwytany przez kubańskie władze był jednym z wynajętych przez niego zamachowców[7]. "Wyborcza" pomija tę informację, choć pisze o powiązaniach Posady z kubańską diasporą[8]. "Rzeczpospolita" milczy. A co na to wszystko czytelnik? Z obrazu przedstawionego w mediach wyłania się następujący obraz: w komunistycznej Kubie wybuchło kilka bomb i zginął jakiś Włoch (może to jedyna skuteczna metoda walki ze skostniałym reżimem?), ktoś został ujęty, ale wygląda na to, że to czysto propagandowa zagrywka. A pomysł, że za zamachami mieliby stać kubańscy emigranci jest zupełnie absurdalny, zresztą - nie ma na to żadnych dowodów (poza tym "Rzeczpospolita", bądź co bądź poważna i opiniotwórcza gazeta, nawet o tych wyssanych z palca oskarżeniach nie wspomina).

Niech ten sam czytelnik (przy założeniu, że zdołał wytrwać w miłości do polskiej prasy przez ponad dwa lata), znów wybierze się po swoje ulubione dzienniki, tym razem tuż po świętach Bożego Narodzenia 1999 roku. Niech zajrzy do środka i niech ogarnie go zgroza. "Gazeta Wyborcza" w dramatycznym tonie donosi o porwaniu samolotu indyjskich linii lotniczych z prawie 200 pasażerami na pokładzie[9]. "Rzeczpospolita" tym razem nie pozostaje w tyle. Dramat trwa ponad tydzień i jest przez cały ten czas przez obie gazety szczegółowo relacjonowany. Jaki obraz tym razem wyłania się z prasowego przekazu? Czterech terrorystów porwało samolot i zażądało uwolnienia trzydziestu pięciu swoich towarzyszy, którzy siedzą w indyjskim więzieniu. Porywacze są bezwzględnymi muzułmańskimi fanatykami: zabili jednego człowieka i grożą, że pozostałych zakładnikow spotka to samo, jeśli ich żądania nie zostaną spełnione (w imię czego? co za nikczemność!). Na szczęście wszystko dobrze się kończy: zakładnicy zostają wypuszczeni, choć kosztem uwolnienia kilku terrorystów (najważniejsze, że udało się ocalić życie tym biednym ludziom!).
Spróbuję teraz porównać dwa przywołane tutaj wydarzenia. W obu dochodzi do aktu terroru, w wyniku którego ginie jedna niewinna osoba i oba wydarzyły się w drugiej połowie lat 90. Różne są cele i jawność działania terrorystów: kaszmirscy rebelianci, występujący w imieniu swojej organizacji, zażądali uwolnienia więźniów. W drugim wypadku zamach, zainspirowany i sfinansowany prawdopodobnie przez skrajną organizację kubańskich imigrantów, miał odstraszyć turystów mimochodem wspierających swoimi pieniędzmi reżim Fidela Castro. Pierwszy cel (cel, nie metoda) wydaje się mniej wątpliwy etycznie. Można zadawać sobie pytania: czy więźniowie zostali słusznie osadzeni w więzieniach? o co walczyli i w jaki sposób? W drugim wypadku wątpliwości jest więcej: czy odstraszanie turystów odwiedzających Kubę w sytuacji, gdy z powodu embarga ze strony USA są oni głównym źródłem dochodów kubańczyków nie jest krokiem zbyt radykalnym? czy dążenie do obalenia reżimu Castro (bo tak można określić dalekosiężny cel organizatorów zamachu) bez pytania o zgodę mieszkańców Kuby jest w ogóle uprawnione?
Bez względu na to, jakie cele przyświecały terrorystom, trudno znaleźć usprawiedliwienie dla metod, jakie zastosowali - pod warunkiem, że przyjmiemy zasady etyczne, które obowiązują, przynajmniej wedle powszechnej opinii, w społeczeństwach Zachodu. Dlaczego pasażerowie indyjskich linii lotniczych muszą cierpieć z powodu walki o niezależność Kaszmiru od Indii (nawet jeśli jest słuszna)? Czy turyści odwiedzający Kubę rzeczywiście powinni zostać poświęceni na ołtarzu walki o wyzwolenie tego kraju spod panowania Fidela Castro (który wciąż cieszy się dużą popularnością na wyspie)[10]?

***

Ten przegląd prasy sprzed lat miał służyć jedynie jako ilustracja nienowego spostrzeżenia, że media nie stosują takich samych standardów ocen wobec różnych, choć pod wieloma względami podobnych, wydarzeń. Dlaczego tak jest w tym wypadku? Może porwanie samolotu ma większą dramaturgię niż niewielkie zamachy bombowe, może jest to po prostu lepszy news? Tak mógłby brzmieć argument niezależnego obrońcy dobrego imienia równie niezależnych polskich mediów. Moja krytyka dotyczy jednak nie tyle ilości przekazanych informacji, co ich jakości i rzetelności. Odpowiedź na pytanie, dlaczego skąpe wiadomości na temat zamachów bombowych z 1997 r. układają się w niekompletny i zniekształcony obraz, nie jest prosta. Można przypuszczać, że odgrywają tutaj rolę takie czynniki jak uzależnienie dziennikarzy od informacji dostarczanych przez agencje prasowe lub pewne, delikatnie rzecz ujmując, nawyki myślowe twórców gazet. Trzeba też pamiętać, że "niezależne" media i agencje prasowe to w wielu wypadkach potężne koncerny przynoszące duży zysk, którego ważnym źródłem są reklamodawcy. Wydaje się więc naturalne, że koncerny medialne (których część jest notowana na giełdzie) dbają o swoje interesy, to znaczy sprzyjają takim formom gospodarowania, które są dla nich najkorzystniejsze, a wrogo odnoszą się do systemów odbiegających od liberalizmu ekonomicznego. Prowadzi to niekiedy do rażącej stronniczości, tak jak w opisanym tu przypadku; nawyk krytykowania wszystkiego, co ma związek z Kubą może skutkować "niedocenianiem" wydarzeń, których nijak nie da się usprawiedliwić, a które z całą pewnością zasługują na uwagę.

Michał Augustyn

Artykuł ten nie miał być wyrazem sympatii dla rządów Fidela Castro, który, podobnie jak przywódcy Stanów Zjednoczonych i wielu państw Europy, nie szanuje demokracji.

Literatura
1. Gazeta Wyborcza, numery z 27.12.1999, 28.12.1999, 29.12.1999 i 30.12.1999.
2. "Information on hijacked Indian Airlines Flight IC-814", Embassy of India, (brak daty).
-> http://www.indianembassy.org/archive/IC_814.htm
3. "Hawana drży", Gazeta Wyborcza, 06.09.1997, str. 7.
4. "Najęli mnie, nie powiem kto", Gazeta Wyborcza, 17.09.1997.
5. tamże, str. 11.
6. "Legal Victory by Militant Cuban Exile Brings Both Glee and Rage", The New York Times, 10.05.2007.
-> http://www.nytimes.com/2007/05/10/us/10miami.html?_r=1&oref=slogin
7. "Key Cuba Foe Claims Exiles' Backing", The New York Times, 12.07.1998.
8. "Drugie dno", Gazeta Wyborcza, 14.07.1998.
9. "Samolot widmo", Gazeta Wyborcza, 27.12.1999.
10. "Castro's long goodbye stirs mixed feelings in Cuba", International Herald Tribune, 02.12.2006.
-> http://www.iht.com/articles/2006/12/02/america/web.1202castro.php
wersja strony: 0, ostatnia edycja: 1179078072|%e %b %Y, %H:%M %Z (%O temu)
Jeśli nie zaznaczono inaczej, Zawartość tej strony dostępna jest na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 2.5 License.