Brazylia, Wenezuela i spór o biopaliwa
dodano 21 kwietnia 2007
Komentowany tekst: Maciej Stasiński, "Gazeta Wyborcza" - "Brazylia i Wenezuela walczą o przywództwo w Ameryce Południowej", 18.04.07
-> http://serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34196,4066944.html
Cytat/komenarz
M.S.: "Przywódcy Brazylii i Wenezueli starli się na szczycie Ameryki Południowej w sprawie źródeł energii. Nie chodzi jednak o surowce, ale o władzę i rząd dusz na kontynencie."
Wydaje się, że chodzi o jedno i o drugie: eksport surowców energetycznych jest głównym źródłem dochodów Wenezueli, a wysokie ceny ropy pozwalają Chavezowi przeznaczać olbrzymie środki (8 miliardów dolarów w 2005 r.) przede wszystkim na walkę z biedą[1]. Konkurencja ze strony Brazylii mogłaby doprowadzić do spadku ceny ropy, a w konsekwencji - do zmniejszenia wydatków socjalnych w Wenezueli i spadku popularności nie tylko Chaveza, ale całej idei nowego socjalizmu, która wreszcie, po wielu latach ucisku, kwitnie w Ameryce Łacińskiej.
M.S.: "Dla Brazylii, pierwszej gospodarki Ameryki Południowej, współpraca z najpotężniejszym krajem świata jest strategicznym celem. I nie ma tu nic do rzeczy, że obecny prezydent Inacio Lula da Silva jest weteranem lewicy, która w USA zawsze upatrywała zagrożenia dla niepodległości krajów Ameryki Łacińskiej."
To raczej Stany Zjednoczone zawsze widziały zagrożenie w ruchach lewicowych krajów Ameryki Łacińskiej, w szczególności tych, które miały szerokie poparcie społeczne i duże ambicje; nie tylko dostrzegały zagrożenie (i nadal je dostrzegają), ale i przeciwdziałały mu. Za przykład może służyć organizowanie i wspieranie przez USA antyrządowych contras[2] przeciwko cieszącym się wielkim poparciem społecznym sandinistom, którzy zapowiadali wielkie reformy socjalne w Nikaragui. W wyniku trwającej niemal całe lata 80. wojny domowej zginęło ok. 30.000 ludzi, głównie cywili zamordowanych przez contras[3]. Znając ten i wiele innych faktów (np. nie tylko dyplomatyczne zaangażowanie USA w promowanie terroryzmu państwowego m.in. w Chile i Argentynie), trudno się dziwić, że, jak pisze Maciej Stasiński, w Ameryce Łacińskiej "lewica zawsze upatrywała w USA zagrożenia dla niepodległości" - miała powody.
M.S.: "Minister [brazylijski] Marco Aurellio Garcia prostował wobec dziennikarzy prostackie tyrady Castro i Chaveza o skutkach planów biopaliwowych.
- Problemem Trzeciego Świata nie jest brak żywności, ale brak dochodów, za które można ja kupić - mówił. I przypominał, że uprawy pod etanol nie zmniejszą upraw żywności, lecz przeciwnie, dadzą pracę i dochody ludziom w wielu krajach, które właśnie we współpracy z Brazylią w dziedzinie produkcji biopaliw pokładają nadzieję na poprawę bytu."
W sporze o biopaliwa chodzi o coś więcej niż tylko walkę o palmę pierwszeństwa w Ameryce Łacińskiej. Można nazywać wypowiedzi Chaveza prostackimi, ale nie można ignorować negatywnych skutków masowej uprawy kukurydzy przeznaczonej do produkcji etanolu; są one zauważane nie tylko przez ludzi walczących o wpływy w regionie, ale także ekologów i agendę ONZ do spraw wyżywienia i rolnictwa (FAO). Już teraz ceny zbóż szybują w górę, co niedawno spowodowało znaczny wzrost cen tortilli i, w konsekwencji, zamieszki w Meksyku[4], gdzie mąka kukurydziana jest podstawą diety. Problem pogłębi się, kiedy kraje trzeciego świata zaczną zaspokajać nieograniczony apetyt państw rozwiniętych - nie tylko USA - na "ekologiczny" składnik paliwa samochodowego. Są trzy możliwe scenariusze rozwoju wydarzeń, każdy z nich niesie za sobą poważne zagrożenia. Po pierwsze, farmerzy, którzy do tej pory uprawiali kukurydzę (i inne zboża) dla celów konsumpcyjnych, zaczną sprzedawać ją z przeznaczeniem na etanol; być może część (to znaczy ci, którzy zdobędą na to środki) porzuci uprawę soi czy fasoli na rzecz tych roślin, które nadają się do przetworzenia w składnik biopaliwa. Rośliny takie wymagają wymagają jednak wysokiej jakości ziemi i intensywnego nawożenia, co może być barierą nie do przeskoczenia dla ubogich farmerów - dlatego istnieje niebezpieczeństwo zdominowania tego rynku przez kilka dużych firm rolniczych. Niewątpliwie będą one beneficjentami porozumienia zawartego przez prezydentów USA i Brazylii. Dla całej reszty ubogich mieszkańców ziemi, którym trudno konkurować o kukurydzę z posiadaczami samochodów, masowa produkcja roślin nie przeznaczonych do konsumpcji oznacza przede wszystkim wzrost cen, już i tak drogiej, żywności. Według drugiego scenariusza ceny żywności nie wzrosną, ale jedynie kosztem zamiany w pola uprawne tego, co zostało z puszczy amazońskiej i innych lasów równikowych. Grozi to nie tylko zagładą wielu gatunków zwierząt i roślin, ale i emisją do atmosfery wielkich ilości dwutlenku węgla powstającego w wyniku spalania lasu, co ma niemałe znaczenie dla wszystkich, którzy poważnie traktują niedawno ogłoszony w Brukseli raport na temat i skutków (i przyczyn) globalnego ocieplenia. Trzeci scenariusz, najbardziej prawdopodobny, zakładałby wystąpienie obydwu tych zjawisk; o tym ile lasów zniknie z powierzchni ziemi i o ile wzrosną ceny żywności zadecyduje oczywiście rynek. Istnieje też alternatywne rozwiązanie, sugerowane przez FAO: można wstrzymać się z produkcją biopaliwa z roślin jadalnych, czekając na rozwój technologii, która uczni opłacalnym wykorzystanie w tym celu lignocelulozy (pozyskiwanej z traw, niejadalnych części innych roślin lub drewna) i odpadków[5]. Zwiększony popyt na te surowce nie spowoduje wzrostu cen żywności, ponieważ nie będą one "konkurowały" ze zbożami.
To prawda, że pewna grupa ludzi znajdzie zatrudnienie w zakładach przetwarzających biomasę w etanol. Prawdą jest też to, że korzystanie z biopaliw to sposób na dywersyfikację dostaw energii potrzebnej do transportu. Jednak cena, jaką przyjdzie zapłacić za te korzyści środowisku i ludziom, którzy już teraz doświadczają głodu wydaje się zbyt wysoka.
komentarz do całego artykułu
Myślę, że Hugo Chavez mógłby się od Macieja Stasińskiego niejednego nauczyć o zaprzęganiu języka w służbę demagogii. W wielu artykułach tego autora pojawia się ton ironiczno-kpiący, ale tylko wtedy, kiedy ostrze swojego dziennikarskiego obiektywizmu kieruje on w stronę przywódców, którzy sprzeciwiają się polityce USA. To zasługa Macieja Stasińskiego, że w świadomości wielu, jak sądzę, czytelników "Gazety Wyborczej" Chavez jawi się jako "skrajny", "megalomański", "prostacki", a może nawet obłąkany populista opętany żądzą budowy utopijnego systemu. Podczas gdy Chavez "przypuszcza wściekły atak", "podnosi krzyk", i "wtóruje" Fidelowi Castro, który z kolei "wieszczy", brazylijski minister "mówi", "przypomina", "prostuje". Oto próbka czegoś, co psychologowie społeczni zajmujący się propagandą, tacy jak Elliot Aronson zapewne nazwaliby budowaniem (i niszczeniem) wiarygodności nadawcy komunikatu. Konsekwencja, z jaką ulubiony korespondent "GW" z Ameryki Południowej, ośmiesza w swoich relacjach Chaveza, Moralesa i Castro budzi zdumienie. Przynajmniej u tych, którzy jeszcze wierzą w dziennikarską bezstronność.
Michał Augustyn








